czyli słów kilka o bezradności i artystycznej niemocy polskich hip-hopowców.
Postmodernistyczne założenia o nieustannym dzieleniu rzeczywistości na coraz to nowe mikroświaty doskonale daje się zobrazować na gruncie współczesnej sztuki komercyjnej. Oto bowiem derridiańska idea dekonstrukcji objawia się nam poprzez wyłonienie, z refleksji nad „starymi” nurtami, nowego kierunku artystycznego. Czy jest możliwa sztuka bez głębszej ideologii i, mówiąc oględnie, całkowicie niemalże pozbawiona targetu? Otóż tak – przełom wieków przyniósł nam zupełnie nowy kierunek artystyczny: sztukę liminalną.
Cóż to takiego? Wszelkie nurty artystyczne, które w jakiś sposób odbiegają od nurtu macierzystego, skierowane na przekraczanie granic, poszukiwanie nowych środków wyrazu; dokonujące syntezy lub radykalnego rozdziału. Ale także wszystkie kierunki, którym w tytule dokłada się przedrostek „pop”…
Zdaję sobie sprawę, że owo trudne słowo w tytule może budzić w czytelniku lęk i niepewność – całkowicie zresztą uzasadnioną. Niepewność budzi także we mnie – dlatego chciałbym, aby poniższy tekst traktować tylko jako pewną propozycję ujęcia postawionego problemu, a nie jego całościowe rozwiązanie.
Wszystkim zaś tym, którzy nie spotkali się jeszcze w swym krótkim życiu z tym dziwnym słowem na „L” uprzejmie donoszę, iż termin ten nie został wymyślony przeze mnie, a przez antropologa Victora Turnera i oznacza stan zawieszenia pomiędzy dwoma stanami świadomości, kulturami czy też zwykłymi ludzkimi czynnościami. Osobnikiem liminalnym może być więc zarówno bezrobotny aktywnie poszukujący pracy, emigrant adaptujący się do życia w nowym otoczeniu, czy też filozof poszukujący swojego spełnienia na pograniczu innych wielkich teorii. Może nim też być artysta, który przekroczył swoją twórczością ramy danej konwencji…
Może się wręcz wydawać, że owa liminalność jest motorem napędzającym wszelki rozwój cywilizacyjny i kulturowy. Postęp jest dziełem niezadowolonych – jak mówi stare przysłowie. A ci niezadowoleni to ci, którzy odrzucili społeczne ramy i postanowili stworzyć coś innowacyjnego: w końcu musieli odrzucić jakiś porządek, aby móc skierować się w stronę nieznanego obszaru.
Przejdźmy teraz od teorii do praktyki. Pomyślmy o współczesnym polskim hip-hopie – muzyce, która dla wielu jest synonimem buntu, „sztuką ulicy”; wiele osób z pewnością wiąże ją z szerokimi spodniami, jazdą na deskorolce, tańcem breakdance i graffiti. No i może to byłyby dobre skojarzenia, gdybyśmy cofnęli się w czasie o kilkanaście lat. Masowa popularność hip-hopu (czy raczej muzyki rap, która jest częścią kultury hip-hopowej) została bowiem zbudowana na zupełnie czym innym: na melodyjnym refrenie, na łatwym i chwytliwym tekście, miłym podkładzie… Ale wciąż mimo wszystko mieliśmy do czynienia z tą samą muzyką: wypadki przy pracy typu „Aniele” Mezo, czy „Suczki” Ascetoholix były raczej wyjątkami, niż regułą – takie utwory pisano z pewną premedytacją – żeby można je było puścić w radiu, dokręcić miły teledysk i ruszyć na podbój dyskotek i szowbiznesu…
I co się stało? Z pewnością coś dramatycznego, skoro O.S.T.R. pozwolił sobie napisać taki oto tekst:
(…)W imię historii naszych przodków Obywatelskich obowiązków Kurwa zrób to po prostu Leżę w stosie wkurwiony Bo hip hop zajebało jeden osiem z ambony Do wiejskich dyskotek między Coco Jumbo Rumbą Sambą I gówno nie nasz ton.
I dalej:
Kurwy co ukradły hip hop odnajdę. Stul ryj bo upadniesz nisko jak Art-B To nie Hanna Barber tu wszystko na poważnie Mam dla ziomów szacunek dla frajerów pogardę (O.S.T.R. – „Odzyskamy hip-hop”)
Nietrudno się domyśleć, kto w oczach Ostrego jest „frajerem”, a kto „ziomem”. Okazało się bowiem, że w kierunku „frajerstwa” poszli artyści, którzy kiedyś zdecydowanie „klasycznego” hip-hopu i twórczej niezależności bronili. Związki Meza z Kasią Wilk nikogo już dziś nie dziwią, a nowa płyta Verby to już totalna wolna amerykanka – bliższa raczej dokonaniom Stachursky’ego, niż Paktofoniki. Jeden Osiem L, Owal, Ascetoholix… przykłady można mnożyć. Coś się bez wątpienia zmieniło. Przede wszystkim to, że wymienione zespoły są w powszechnej opinii słabo zorientowanych słuchaczy uważane za przedstawicieli hip-hopu.
Pozostaje jednak pytanie, czy to rzeczywiście wpływ komercji i pogoń za jak największą sprzedażą płyt (która w naszym kraju i tak jest śmiesznie niska), czy może coś głębszego?
Tym, co od zawsze definiowało i określało muzykę rap była autentyczność i dosłowność – wystarczy posłuchać sobie wczesne dokonania Wzgórza Ya-Pa3, Nagłego Ataku Spawacza, Warszafskiego Deszczu albo i nawet Peji. Jednak czy szara rzeczywistość miejskich blokowisk jest jedynym źródłem inspiracji hip-hopowych twórców? Temu właśnie głośno sprzeciwił się Mezo, nagrywając z 2005 roku płytę „Wyjście z bloków”:
„Popatrz: cały czas stoisz w blokach Boisz się złego losu, który chce Cię skopać Chce Cię dopaść a mi chce się płakać Bo to auto-nokaut, hodowanie swego raka Chcesz rozwijać się czy popijać z tymi spod okien Pod blokiem – wracać z sińcem pod okiem Po co?! Kto Ci kazał być przegrańcem?” (Mezo – „Wyjście z bloków)
Zaś Nagły Atak Spawacza po latach milczenia wydał w 2006r. płytę „Powrót Dżedaj” i w zgodnej opinii… jest to gniot, jakich mało. Dlaczego? Ano dlatego, że owi artyści najwyraźniej wyrośli już z wieku, w którym życie kręci się właśnie wokół ławki, a jedynym zajęciem jest palenie trawki. Co więcej – zaistnieli w zasadzie właściwie dzięki dwóm piosenkom: „Aleja nr 6 grób nr 4” i „Obróć się na chwilę” – i jeśli to nie było kilka lat temu hip-hopolo, to przyznam, że zupełnie mnie to zbija z tropu…
Czy więc istnienie hip-hopowca uzależnione jest od jego egzystencji na ławeczce pod blokiem każdego wieczoru? Czy jego definicją jest blokowisko? Dla niektórych tak właśnie jest – i to oni nazywają dokonania Meza „hiphopolo”. Dla nich hip-hopowiec ma nosić szerokie spodnie i palić trawkę. Zawsze. Na zawsze.
Problem jednak w tym, że Mezo ma już żonę i dziecko, a w głowie nieco więcej niż choćby jego starszy kolega po fachu – Liroy. I, aby dotrzymać wierności hip-hopowym ideałom, wciąż pisze autentyczne teksty. Tyle, że Mezo zamienił trawkę na książkę, dziewczynę na żonę, a kumpli na dziecko. I co? Jest nieautentyczny. Uprawia hiphopolo.
Mezo jest więc typowym osobnikiem liminalnym: to już nie hip-hop, ale jeszcze nie nic innego; już nie hip-hopowiec spod bloku, ale wciąż utrzymujący autentyczność przekazu. To sama forma, a nie metoda uległa przeobrażeniu. I to o ową formę właśnie trwa w hip-hopowym światku nieustanny bój.
W moim rozumieniu tak zwane „hiphopolo” to nic innego, jak muzyka pop utrzymana w konwencji hip-hopu. Mamy przecież pop-rock – dlaczego więc na siłę chce się odmówić istnienia pop-hip-hopowi?
W żadnym wypadku nie chodzi w tym sporze o klientów i, co za tym idzie, pieniądze. Paradoksalnie zresztą – na większą publikę koncertową może liczyć taki O.S.T.R., Eldo, czy MO.R.W.A, niż Owal czy Liber. A to ze względu na tzw. „twardych” słuchaczy (podobnie, jak w polityce występuje twardy elektorat – czyli ci ludzie, którzy bez względu na okoliczności zagłosują za swoim kandydatem). Płyty Meza czy Verby może i sprzedają się lepiej, ale ich słuchacze mają z artystą kontakt raczej epizodyczny i jednorazowy – nie są zagorzałymi fanami, tylko kupili sobie płytę, bo wpadła im w ucho jakaś melodia albo tekst…
Słuchacze tzw. „hip-hopu” i tzw. „pop hip-hopu” to także dwie zupełnie odrębne grupy. Czy wyobrażacie sobie, żeby wielbiciele twórczości zespołu HIM rozsmakowali kiedyś w A Perfect Circle albo TOOLu? Tak samo, jak fani U2 raczej nie słuchają Chevelle czy Slipknota. Każdy rodzaj muzyki ma swoje pod- i pod-pod grupy. Każda podgrupa to odrębny target. Tak wygląda muzyczny biznes. I bardzo dobrze – bo artysta nigdy nie będzie w stanie trafić w gusta wszystkich ludzi naraz.
Wydaje się zatem, że przeciwnikom skomercjalizowania hip-hopu chodzi o „czystość”, czy wręcz „klasyczność” swego gatunku. Hip-hop to cała filozofia życia, a samo rapowanie to tylko jeden z jej aspektów. Problemem jednak jest fakt, że komercjalizacja prowadzi w prostej linii do wypierania z mediów klasycznie rozumianego hip-hopu. Dopóki na topie jest Mezo, Verba czy Jeden Osiem L – dopóty wszelkie kontynuacje nurtu zapoczątkowanego przez Kaliber44 czy właśnie Nagły Atak Spawacza nie mają miejsca w radiu i telewizji. Ale za taki stan rzeczy w żadnym wypadku nie odpowiadają ci artyści, których utwory są puszczane! Gdybyśmy tak myśleli, to doszlibyśmy do paranoicznych wniosków, że takie Ich Troje, Doda albo De Mono też odbierają hip-hopowi słuchaczy…
Rynek płyt – dzięki formatowi mp3 skurczony do rozmiarów ziarenka groszku – nie jest w stanie przyjąć zbyt wielu produkcji naraz. Owi obrońcy „starego porządku” w hip-hopie znajdują się więc pomiędzy przysłowiowym młotem, a kowadłem: z jednej strony są pod presją rynku, a z drugiej – swego własnego środowiska. Ciężko jest w rapie osiągnąć sukces i jednocześnie się „nie sprzedać”. A może te dwa stwierdzenia to już synonimy?
Obecność w mediach jest we współczesnym showbiznesie podstawą sukcesu. Media są nie tylko gwarantem sukcesu jakiegoś artysty – mają przede wszystkim niezwykłą moc kreowania rzeczywistości. A obecnie ta rzeczywistość jest taka, że przeciętny polski konsument muzyki utożsamia hip-hop z Liberem i Mezo, a ta transformacja nie jest na rękę „czystym” twórcom undergroundowym.
Zostawmy jednak problemy artystów, którzy nie potrafią przebić się ze swoją muzyką do szerokiego grona odbiorców. Jeśli twierdzą, że hip-hopolo odbiera im chleb – to ja im szczerze współczuję i życzę jak najdłuższego pozostania w mrocznym świecie fikcji karmionej przez stereotypy. Niech posłuchają sobie System of a Down – aktualnie bodaj najważniejszej kapeli rockowej na świecie – którzy swoją popularność zbudowali na absolutnym odcięciu się od dokonań poprzedników, a ich muzyka jest tak bardzo inna, że… stała się komercyjnym hitem, który sprzedaje się jak ciepłe bułeczki. Żeby jednak zdobyć szczyty, to trzeba być dziś artystą wybitnym. I tej wybitności właśnie należy wszelkim „prawdziwym” hip-hopowcom życzyć.
Dla nas jednak najciekawszy jest rozdźwięk pomiędzy tym, co popularne, a tym co „dobre”. Czy rzeczywiście każdy artysta, który wykorzystuje konwencję hip-hopu obraża całe hip-hopowe środowisko? W żadnym wypadku nie uważam, że Mezo czy Jeden Osiem L to prawdziwy hip-hop. Jednak nie zamierzam odbierać im prawa do istnienia i tworzenia tylko dlatego, że tworzą rymowane teksty do rytmicznej muzyki. Hip-hopowcy muszą się pogodzić z faktem istnienia komercyjnego nurtu i zrobić wszystko, aby się od niego odciąć. Bo to trochę tak, jakby Metallica miała pretensje do The Strokes za to, że w swojej muzyce używają gitar… A to byłaby po prostu bezinteresowna i prymitywna zawiść, a nie normalny, inteligentny dialog.
Wielkie dzieło Voltera pod tytułem „Kandyd” kończy się niezwykle mądrym zdaniem: „najważniejsze to uprawiać własny ogródek” – uprawiać mądrze i starać się robić to jak najlepiej, nie oglądając się na ogródki sąsiadów. Tylko w ten sposób bowiem mamy szansę na wyhodowanie czegoś pięknego i prawdziwego…
Michał Stankiewicz
One
/ 17/02/2008Nawiązując do tematu Mezo, jak wiadomo O.S.T.R. również jest żonaty, a do tego ponoć oczekuje na narodziny swojego potomka. Mimo to potrafi robić dobry rap z niezliczoną iloscią metafor. Jego płyty posiadaja wszystkie cechy hip-hopu. Znajdziesz na nich story-telling jak i osobiste rozważanie nad wieloma aspektami naszego spoleczenstwa, sytuacji politycznej zarowno Polski jak i reszty świata. Na projektach często wystepują ziomki ostrego…Jak dla mnie Mezo,Ascetoholix, a już od kilku płyt TEDE,to syf który psuje prawdziwą idee rapu, który nie miał się uganiać za hajsem, a mówić o naszej codziennosci. Sama nazwa sztuka ulicy mówi sama za siebie…nie uważasz?Ja wciąż kocham underground i hardcore, który rozpieprza słuchawki.Trochę mi zeszło dla tych prawdziwych!
Michał
/ 12/03/2008Ostry to rzeczywiście dobry przykład. Dla mnie równie dobrym przedstawicielem autentyzmu jest Eldo, którego „Eternia” i ostatnia płytka „27″ są genialne. Czasy się zmieniają, a on dalej kojarzy mi się z gnojkiem z Blokersów, który robi graffiti na pociągach :)