Ojczyzna Internetszczyzna

Powszechnie wiadome jest to, że żyjemy w trudnych czasach – czasach wirtualnej rzeczywistości i medialnej nagonki. W bardzo wielu przypadkach, nasze konwersacje, dywagacje, dialogi i monologi ograniczają się do korzystania z różnego rodzaju Przekazów Internetowych: Gadu Gadu, Aplikacje p2p, e-mail, Chat, Forum, Usenet, Blog. Publiczne obelgi, np.: „obrzygałeś mnie tą interpretacją” – autorstwa Kuby Wojewódzkiego (Juror IDOL’a), to nic nowego. Mało tego, słowa te generują „nieskażoną” i zachwyconą publiczność – ciekawość „niewybrednej” ekspresji i elokwencji zwiększa oglądalność i budzi podziw rzeszy zauroczonych „IDOLI”, no może poza wyjątkiem samego Poszkodowanego – któremu nie pozostaje nic innego jak wizyta u dobrego terapeuty.

Etyka i moralność, to coraz częściej „dinozaury” – podczas korzystania z Internetu nie pamiętamy o zasadach zawartych w Netykietach (zbiorach zasad savoir-vivre obowiązujących w Internecie), które jasno precyzują swoje poglądy: „nie należy używać wulgarnego języka!”. Królują tutaj Blogi (dzienniki internetowe oskarżane o wirtualny ekshibicjonizm, podpierające się na impertynencjach), Chaty itp. np. internetowe, zakropione całą gamą przekleństw, bajki: „Magiczne przygody Kubusia Puchatka”, „Poprzednie Przygody Smurfów” i inne (nie sposób tego cytować).

Patrząc na to wszystko z zewnątrz, ma się wrażenie, że mamy bardzo kreatywne Społeczeństwo (w tym Młodzież), które swojego autorytetu nie buduje co prawda na bogactwie jęz. polskiego ale na lapidarności słowotwórstwa – bogactwie intonacyjnym kilku wybranych wyrażeń. Przykład: okazuje się, że za pomocą jednego, bardzo popularnego w naszym kraju słowa: „kurwa” (zwanego dalej „k…a”) można wyrazić każde uczucie, wystarczy posiąść „tajemną” – przekazywaną na podwórkach, szkołach, domach – wiedzę modulacji głosu. Czyż to nie cud? Używając tylko tego jednego słowa można okazać: złość, frustrację, obelgę, zadziwienie, naganę, ironię, poczucie humoru, podziw… itd. (niemal w nieskończoność), a dzięki temu odkryciu nasz Język staje się wyjątkowo atrakcyjny dla obcokrajowców – bo łatwy w nauce i zrozumieniu. „Po raz kolejny przytoczyłem przeżycie z Paryża: na dźwięk polskiej mowy, Murzyn zareagował słowami: „Pologne, Pologne, k…a, k…a, k…a”. Oto znak, z czym kojarzy się Polska.” – komentuje Jan Miodek.

Ale czy przekleństwa, to tylko obelgi i zaśmiecanie języka…? Czy przekleństwa, to tylko negatywne emocje i samo ZŁO? Niniejszy Felieton jest próbą znalezienia odpowiedzi na powyższe pytania. Temat „Ojczyzna Internetszczyzna”, którego zajmę się kontynuacją, nie jest podyktowany jakąś wyimaginowaną, ogólnoświatową postawą „Szanuj Język Ojczysty”, tylko chęcią obiektywnego spojrzenia na stopień zwulgarnienia polskiego Internetu.

Kiedy, któregoś wieczoru, usiadłem i tak na spokojnie zastanowiłem się nad zjawiskiem „pozytywne i negatywne przejawy ‘wiązanki’”, to niemal automatycznie nad moją głową pojawiły się dwie postacie (tak jak na filmach rysunkowych). Z jednej strony grożący palcem Aniołek, czyli Pan Jan Miodek a z drugiej strony rezolutny Diabełek. Doszedłem do wniosku, że przekleństwa mają swoje dobre i złe strony – prawda, jak to często bywa, i tym razem znalazła się po środku.

Czy przeklinanie jest ZŁE?

Spróbujmy odpowiedzieć sobie na to pytanie…
Jak zauważymy, na ten temat wypowiadają się wszyscy – każdy ma swoje zdanie i wszystkie wypowiedzi są interesujące. „Nie przeklinaj – nikt nie będzie czytał listów rozpoczynających się od steki wyzwisk!” – krzyczy Netykieta! [http://www2.gazeta.pl]

W drodze prowadzonej przeze mnie dyskusji na „pl.sci.psychologia”, przeczytałem następującą treść: „Przeklinanie zaśmieca język i bywa irytujące. Ale czasem się przydaje. Nie lubię wulgaryzmów, ale uważam, że są sytuacje, w których ich użycie jest w miarę uzasadnione. Niestety doszło do tego, że przekleństwa przestały być uważane za „mocne słowa” – teraz weszły na stałe do języka i chyba nikogo nie zaskakują.”

Ze szkolnego wypracowania pt. „Wulgaryzmy w sztuce” wyczytać można: „Wulgaryzmy to wyrazy ordynarne, pospolite i prostackie, które niestety coraz częściej pojawiają się w naszym życiu codziennym. Słyszymy między innymi słowo „pierdolić” odmieniane we wszystkich czasach, przez wszystkie osoby i w tej formie zastępujące wiele różnych części mowy. (…) Przeklinają dorośli i dzieciaki z przedszkola. Niecenzuralne wyrazy coraz bardziej panoszą się w naszym języku. Wszystko wokół zaczyna być na wskroś przesiąknięte wulgaryzmem.” [http://slimak.sciaga.pl]

Optymizmem nie napawa również fantastyka – fragment opisu: Klingoni, Historia Imperium: „Podług kultury klingońskiej małżonek lub małżonka może rozwieść się deklarując to przed świadkiem. Ta deklaracja wymaga bicia, przeklinania oraz plucia na małżonka.” [http://talshiar.civ.pl]:

Stanowisko Kościoła wydaje się być jednoznaczne: „Miłujcie nieprzyjacioły wasze; błogosławcie tym, którzy was przeklinają; dobrze czyńcie tym, którzy was mają w nienawiści i módlcie się za tymi, którzy wam złość wyrządzają i prześladują was.” – Biblia, Mat. 5:44. Dalej Kościół dodaje: „Czy są wśród nas tacy, którzy w ogóle nie używają przekleństw? Jeśli tak, to jest ich coraz mniej. ( ….) w chwilach wielkiego zdenerwowania zdarza się przekląć nawet naczelnemu „Tygodnika Powszechnego” – panuje tu jednoznaczny nastrój: przekleństwa są złe, a ze złem kościół walczy (a przynajmniej tak zakłada). [http://www.kuria.gliwice.pl]

„Stopniem zwulgarnienia naszego języka jestem ciężko przerażony i nie unikam tu tonu patetycznego, że jeśli idzie o obecność słów i wyrażeń ordynarnych, na pewno dożyliśmy sytuacji patologicznej. W porównaniu z innymi narodami zdecydowanie przodujemy w używaniu wulgaryzmów. Są wszędzie: w tramwaju, w autobusie, na piłkarskich stadionach i przy imieninowym stole, nad czym niesłychanie ubolewam i czym jestem potwornie zdegustowany.” [http://www.ap.krakow.pl] – zdegustowany Jan Miodek.

W lipcu 2001, Maciej Grochowski wydał „Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów”, Janusz Anusiewicz i Jacek Skawiński wydali „Słownik polszczyzny potocznej”, w którym co drugie słowo stoi na granicy przekleństwa. W tym przypadku, jeszcze przed momentem zdegustowany, Jan Miodek broni dobrego imienia swoich Kolegów: „Językoznawców jednak bronię, z pozycji powiedziałbym scjentystycznych, które sprowadzają się do stwierdzenia, że biologa nie może obchodzić, czy roślinka pięknie pachnie, czy śmierdzi; on musi ją wziąć pod badawczą lupę i obiektywnie opisać. Dlatego twierdzę, że prof. Grochowski miał prawo ułożyć i wydać słownik wulgaryzmów, takie samo prawo mieli moi wrocławscy koledzy – Anusiewicz i Skawiński, a prof. Polański, będąc głównym redaktorem Słownika Ortograficznego, miał prawo te słowa zarejestrować.” [http://www.ap.krakow.pl]

Z powyższych cytatów jednoznacznie wynika, że przeklinania nikt nie będzie czytał, przeklinanie zaśmieca język, bywa irytujące, zajmuje stanowisko niechlubnej rutyny, jest ordynarne, prostackie, wszystko przesiąka wulgaryzmem, przeklinając poniżamy innych ludzi, wyrządzamy złość, prześladujemy, popadamy w patologię, itd. Nie powinniśmy przeklinać, a jednak to robimy, dlaczego? A może jest nam to potrzebne? Może są sytuacje w których użycie wulgaryzmów jest jak najbardziej uzasadnione?

Czy przeklinanie jest DOBRE?

W drodze kontynuacji dyskusji na „pl.sci.psychologia”, na ten temat, dowiedziałem się następujących rzeczy: „To dość oczywiste. Najczęściej w miarę nieszkodliwe rozładowanie agresji, frustracji (…) szczerość, brak sztuczności.” Okazuje się, że przeklinanie może służyć jako rozładowanie „ładunku emocjonalnego” i chyba rzeczywiście trudno byłoby znaleźć werbalny substytut porządnej „wiązanki”.

A może niepotrzebnie panikujemy i generalizujemy, nie biorąc poprawki na wypowiadane emocje i kategorie w których chcemy się wypowiadać? Tego zdania na pewno jest Autor kolejnej wypowiedzi na „pl.sci.psychologia: „Ogólnie słowo jak słowo. Słowo samo w sobie zlym nie jest. Chodzi o intencje z jakimi zostanie wypowiedziane. Jeśli często stosuje się go w sensie obraźliwym wtedy staje się przekleństwem, wulgaryzmem. Uzyskawszy taki statut dla niektórych może stać się bardziej atrakcyjne. Dla przykładu jaki miałoby sens używanie jako przecinka słowa… „gruszka”? Żadnego, ponieważ z tym słowem raczej nie wiążą się żadne emocje. Takie słowo „k…a” już jakiś ładunek emocjonalny ze sobą niesie. Dzięki temu w jakimś tam stopniu wpływa się na innych, a to może być kuszące. Pewne słowa uznawane za wulgarne są też traktowane jako… parszywe ;-) Nagminne przeklinanie może być więc komunikatem – niczego nie dam sobie narzucić i sam(a) decyduję co jest dobre, a co nie.”

„Ogólnie słowo jak słowo”, czy można tak powiedzieć np. w przypadku wyrażenia k…a? Słownik Języka Polskiego jest na „TAK” – nie „wstydzi” się definicji słowa „k…a” która brzmi: kobieta oddająca się mężczyznom za pieniądze; prostytutka; obelżywie o kobiecie; wulgarne przekleństwo. Konstrukcja tego słowa jak najbardziej przypomina konstrukcję innych polskich słów – to tylko kombinacja liter alfabetu…

Okazuje się, że przeklinanie, samo w sobie, nie musi być takie złe, oprócz wyładowania emocjonalnego, rozładowania frustracji itp., może poprawiać nam humor lub odpędzać złe moce: „Hm, znam osobę, która skutecznie rozśmiesza swoim „zwulgaryzowanym” językiem bardzo świadomie i wszyscy tak się do tego przyzwyczailiśmy, że już nie może być inaczej. Czasami, mimo posługiwania się staranną polszczyzną, bardziej wulgarne staje się zachowanie, czy postępowanie człowieka ;-)” – mówi Autor kolejnej wypowiedzi na „pl.sci.psychologia”.

Zaintrygowała mnie powyższa wypowiedź, przejrzałem polski Usenet i stwierdzam, że 80% użytych tam wulgaryzmów może rozśmieszać. Nie dochodziłem do tego w jakim celu były użyte itd. (myślę, że rozmówcy „wylgatora” nie było do śmiechu), ale z perspektywy czasu i w połączeniu z moim dystansem do sprawy (nie uczestniczyłem w tych rozmowach) słowa te spowodowały niezły ubaw.

Najbardziej zaciekawiło mnie jednak „odpędzanie złych mocy” – coś w tym jest, gwarantuję! (znam to z autopsji). Przeklinając odpędzamy złe i natrętne wspomnienia – przeklinamy w myślach albo pod nosem. Oto kolejna wypowiedź: „Krótko mówiąc, myślę, że przeklinanie ma głównie za zadanie odpędzanie złych mocy. Jest to swego rodzaju archetyp, stosowany od zawsze. Używamy go, by wyrazić zazwyczaj swoje niezadowolenie w stosunku do czegoś lub kogoś. Przekleństwem pokazujemy swoją siłę i determinację…”

No właśnie – czy o „siłę i determinację” chodziło pedagogom tej Szkoły: „Na niecodzienny pomysł wpadli Brytyjczycy – uczą swoje dzieci przeklinania. Jedna ze szkół w Kornwalii prowadzi zajęcia z dwunastolatkami na temat znaczenia niecenzuralnych słów. Według nauczycieli, pedagogiczne podejście do przekleństw jest częścią programu edukacyjnego, który pomaga zgłębić relacje między jednostką, a społeczeństwem. Dzieci uczą się przekleństw po to, aby ich w przyszłości nie używać, lub używać świadomie – tak przynajmniej twierdzi nauczyciel odpowiedzialny za tę część edukacji.” [http://d-o-d-o.w.interia.pl]

Jak widać, przeklinanie ma bardzo dużo pozytywnych cech, np.: rozładowanie agresji, frustracji i innych ładunków emocjonalnych, manifestacja szczerości – aż do „bólu”. Poza tym przeklinanie poprawia nam humor, odpędza złe moce, a jeżeli ktoś ma problemy z odpowiednim wysławianiem się lub z obelżywym, „słowotwórczym” obyciem, to sygnał, że najwyższy czas na naukę! Anglicy zapraszają do kornwalijskiej „Szkoły Przeklinania” – oczywiście w szlachetnym celu.

Czego wymaga od nas KULTURA?

Jak zauważyliśmy, przekleństwa mają swoje dobre i złe strony. Nowe spojrzenie na sprawę przekleństw – to kultura, a w tym przypadku trzeba wiedzieć co gdzie i kiedy można – kiedy coś jest wskazane a kiedy należy się tego wystrzegać. Bardzo częstym błędem nowych użytkowników Usenetu, np. „pl.comp.*”, jest manifestowanie impertynencji w prośbach o pomoc lub bezcelowe i niesmaczne używanie wulgaryzmów, gdy udzielona przez kogoś odpowiedź, z jakiegoś powodu, nie jest satysfakcjonująca. Coraz mniej użytkowników sięga po Netykietę, a jeszcze mniejsza grupa stosuje ją w praktyce.

Oprócz wulgaryzmów, stosuje się również prowincjonalizmy obrażające doświadczonych „tubylców” lub kluczowe „akcesoria” bezpośrednio związane z Usenet’ową Grupą – np. Linuch zamiast Linuks. Efektem takiego postępowania jest brak jakiejkolwiek odpowiedzi na zadane pytanie, a w następstwie tego, oburzenie i całkowite odsunięcie się Pytajęcego od Grupy – a przecież nie o to chodzi. Zawiedziony Grupowicz twierdzi zazwyczaj, że: „wszyscy czepiają się jego problemów lingwistycznych”, że już wcześniej słyszał sformułowania: „z grup się wiele nie dowiesz”, że „jest tępiony, bo jest nowy”, że „swoich określeń używał żartobliwie, ale nikt go nie zrozumiał”, że „po raz kolejny nie dostał odpowiedzi” i tak w nieskończoność… – dostrzegając wady „całego świata”, Zawiedziony unika samokrytycyzmu.

Wielokrotnie próbowałem wyjaśniać: „Drogi PANIE, rzeczą oczywistą jest, że wiele jednostek (w tym ludzi) zasługuje na środowiskową ekspresję typu: Marek – Maruchu, Wacek – Wacuchu itd. Zapewniam jednak, że Linuks niczym sobie na to nie zasłużył – świadczy o tym nawet sam prosty fakt, że przychodzi PAN do ‘niego’ z prośbą o profesjonalną i bezpłatną pomoc.”

Niestety, mimo najszczerszych chęci niczego nie poprawiłem. W zamian oberwałem egocentrycznym popisem i brakiem jakiegokolwiek szacunku do czegokolwiek. Nie poddawałem się, wymyślałem kolejne przykłady które wg mnie uwypukliłyby oczekiwany szacunek i zatrzymałyby „cynika” w Grupie, np: „Załóżmy, że jesteś Studentem. Masz wykład z Prof. Kowalskim. Poprzedniego dnia dowiedziałeś się, że świetną promotorką Twojej Pracy Dyplomowej byłaby Żona Prof. Kowalskiego, Pani Prof. Kowalska – tyle, że nie jesteś pewien gdzie prowadzi swoje wykłady. Po zakończonych zajęciach podchodzisz do Prof. i pytasz:
1. E! Koleś, gdzie ta twoja „ŻONUCHA” prowadzi wykłady?
2. Przepraszam, Panie Prof. mam następujący problem, czy mógłby mnie Pan wspomóc informacją? Szukam Pańskiej Żony, ponieważ (…).
- jak myślisz, które pytanie powinieneś zadać?”

Niestety, zainteresowany Grupowicz w dalszym ciągu nie wiedział „czego tak naprawdę się czepiam”. Obwiniał mnie za to, że za bardzo identyfikuję się ze „swoim” OS (Operating System) oraz za wszystkie swoje niepowodzenia. W dalszym ciągu był bardzo rozczarowany brakiem jakiejkolwiek odpowiedzi. „Czyżby profesjonalnej pomocy potrafiły udzielać tylko osoby które obruszyły się na termin „LINUCH”? Podpowiem – TAK. A wiesz czemu? Bo jest większe prawdopodobieństwo, że takie osoby szanują swój OS i bardziej profesjonalnie podchodzą do tematu.” – starałem się podpowiedzieć, niestety nadal bezskutecznie.

Jaki z tego wniosek? Przekleństwa, mimo tego, że mają swoje zalety, potrafią przysporzyć wielu problemów. Pisząc na Grupę Usenet’ową lub w inne miejsce Internetu, bardzo trudno jest przekazać oryginalne i zamierzone emocje (chociaż Akronimy i smiley’e, np.: „:-)” używane są coraz częściej, to i tak „tekst” pozostaje tylko „tekstem”) i dlatego możemy być odbierani jako ignoranci lub osoby agresywne – nie szanujące nikogo i niczego poza wyjątkiem własnej osoby. To samo dotyczy prowincjonalizmów.

Zasada jest prosta, jeżeli chcemy być poważnie traktowani, musimy się poważnie zachowywać. Jeżeli nie zależy nam na okazywaniu kultury, szacunku itd. w Internecie, to nikt nas do tego nie zmusi, ale w takim przypadku nie oczekujmy profesjonalnej pomocy! Nie oczekujmy poważnego traktowania! Nie miejmy pretensji o to, że nie dostajemy żadnych odpowiedzi, albo że odpowiadają nam tylko ludzie zafascynowani naszą „wiązanka” (a tacy z reguły nie oferują profesjonalnej pomocy – co najwyżej kolejną porcję „wiązanki”).

Dlaczego nie potrafimy się powstrzymać od PRZEKLEŃSTW? Co wyzwala w nas tę „ciemną” naturę przekleństw?

Wg Daniela Golemana „inteligencja może okazać się bezużyteczna kiedy ogarną nas silne emocje”. Nasz umysł dzieli się na „emocjonalny” i „racjonalny”. Intelekt, jak się okazuje, to nie wszystko, no bo „jakie czynniki wchodzą w grę w sytuacjach, kiedy osoby o wysokim ilorazie inteligencji zawodzą, a osoby o miernych wynikach tego ilorazu radzą sobie nadspodziewanie dobrze?” No właśnie…, Daniel Goleman upiera się przy twierdzeniu, że „wspomniane różnice są spowodowane poziomem zdolności określanych mianem Inteligencji Emocjonalnej – do których należą: samokontrola, zapał, wytrwałość i zdolność motywacji.”

Innymi słowy, nasz mózg może reagować na dwa sposoby – wykorzystując układ racjonalny: „kora mózgowa -> płaty czołowe -> intuicja racjonalna” lub układ skrócony, tzn. układ emocjonalny: „układ limbiczny -> ciało migdałowate -> intuicja emocjonalna”. Równowaga między tymi układami, to Inteligencja Emocjonalna. Mówiąc krótko, pierwszy układ to układ inteligentny – ale wolniejszy, drugi układ, to układ prymitywny ale szybki i instynktowny – bodźce zmuszające nas do szybkiego działania w celu uratowania albo podtrzymania życia.

Ciało migdałowate „odpowiada” za to, że w „nagłym porywie namiętności dokonujemy czynów, których później, po opadnięciu emocji, żałujemy”, lub takich które ratują nam życie, np. „Była to tragedia pomyłek. Czternastoletnia Mailda Crabtree chciała po prostu zażartować sobie z ojca i nastraszyć go – wyskoczyła z szafy krzycząc ‘Buuu!’, kiedy pewnego ranka rodzice wrócili do domu z wizyty u znajomych. Bobby Crabtree i jego żona byli przekonani, że Matilda spędza tę noc u koleżanki. Słysząc podczas wchodzenia do domu dobiegający z wewnątrz hałas, Crabtree sięgnął po pistolet kalibru 357 i zajrzał do sypialni córki. Kiedy Matilda wyskoczyła z ukrycia, postrzelił ją w szyję. Zmarła dwanaście godzin później.” Dlaczego tak się stało? Dlatego, że „jednym ze składników emocjonalnego dziedzictwa, które przekazała nam ewolucja, jest strach mobilizujący do ochrony rodziny przed niebezpieczeństwem.” Strach uruchamia drugi układ: emocjonalny. Crabtree oddał strzał za nim zdążył rozpoznać głos córki… (reakcja automatyczna). Z tego samego powodu ratujemy tonących, błyskawicznie uchylamy się od ciosu itd. – za nim zdążymy pomyśleć. Czy z tego samego powodu wybuchamy „wiązanką przekleństw” a później, gdy znikną emocje, żałujemy? Tak.

„Wsiadam w Nowym Jorku do taksówki. W tym momencie zatrzymuje się tuż przed nią młody mężczyzna przechodzący przez ulicę. Kierowca taksówki, który chce jak najszybciej ruszyć, naciska klakson i zniecierpliwionym ruchem ręki pokazuje mu, żeby usunął się z drogi. Przechodzień spogląda na niego wilkiem i zgina rękę w obscenicznym geście.

- Ty sukinsynu! – wrzeszczy taksówkarz i naciska jednocześnie pedał gazu i hamulec. Taksówka wyskakuje z nagłym szarpnięciem do przodu i zatrzymuje się o włos przed owym mężczyzną. W obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa odskakuje on na bok i wali pięścią w karoserią powoli włączającej się do ruchu taksówki. Taksówkarz wybucha setkiem przekleństw i wyzwisk. Podczas dalszej jazdy taksówkarz, nadal widocznie wzburzony mówi mi: – Wszyscy mają człowieka w dupie. Trzeba się na każdego drzeć – przynajmniej czujesz się wtedy lepiej! Katharsis – dawanie upustu złości – jest czasami wynoszone pod niebiosa jako znakomity sposób radzenia sobie z tym uczuciem.

Według popularnej teorii „poprawia to nam samopoczucie”. Jednak, jak wskazują odkrycia Zillmana, przemawia przeciw temu ważny argument znany zresztą od lat pięćdziesiątych, kiedy to psycholodzy zaczęli eksperymentalnie badać efekty owej katharsis. Otóż stwierdzili oni, że wyładowanie złości albo w ogóle jej nie zmniejsza, albo – jeśli zmniejsza – to w niewielkim stopniu (chociaż z powodu uwodzicielskiej natury złości, możemy czuć się lepiej). W pewnych, specyficznych warunkach wybuch złości może rzeczywiście być oczyszczaniem. Odnosi się to do sytuacji, kiedy wyładowujemy ją na osobie, która nas rozzłościła, kiedy otwarte jej okazania przywraca nam poczucie panowania nad tym, co się dzieje, albo prowadzi do naprawienia wyrządzonej nam niesprawiedliwości oraz kiedy zbesztanie zachowującej się niewłaściwie wobec nas osoby jest dla niej „zasłużoną nauczką” i zmusza ją do zmiany zachowania, nie prowokując do odwetu.

Ale prowokacyjny charakter złości sprawia, że łatwiej jest to powiedzieć niż zrobić. Tice stwierdza, że dawanie upustu złości jest jednym z najgorszych sposobów pozbycia się jej, ponieważ wybuchy wściekłości zwiększają pobudzenie mózgu emocjonalnego, sprawiając, że jesteśmy po nich bardziej rozzłoszczeni niż przedtem. Badane przez nią osoby mówiły, że kiedy wybuchały gniewem na kogoś, kto je rozsierdził, to raczej przedłużało to stan wzburzenia, niż kładło mu kres. O wiele skuteczniejsza okazywała się konstruktywna rozmowa po ochłonięciu i wyciszeniu złości, gdyż dawała szansę spokojnego i ostatecznego zakończenia sporu.” [Daniel Goleman "Inteligencja Emocjonalna" ]

Powyższy wątek dowodzi tego, że przeklinanie jest sposobem na wyładowanie agresji, frustracji itd., jednak takie wyładowanie czasem może się dla nas źle skończyć (spróbujmy wyładować się na własnym Szefie), dlatego warto zastanowić się nad psychologicznymi przesłankami i opanować swoje emocje (mądrzej wysterować swoje „ciało migdałowate”).

Uwaga! Inteligencję Emocjonalną można ćwiczyć – to informacja dla tych z nas, którzy urodzili się z „genetyczną ruiną” – to jeszcze nic straconego!

Statystyka przekleństw – kiedy i gdzie przeklinamy?

Z Badań CBOS wynikają następujące fakty:

„Polacy w rozmaitych sytuacjach stykają się ze słownictwem wulgarnym, niecenzuralnym. Najczęściej mogą je usłyszeć w rozmowach toczonych w miejscach publicznych, przede wszystkim na ulicy (88%), rzadziej w środkach komunikacji (61%) czy miejscach rozrywki, wypoczynku (49%).”

„Zdecydowana większość Polaków (75%) rzeczywiście przyznaje się do używania wulgarnego słownictwa, w tym dwie trzecie (66%) zastrzega, że zachowanie takie zdarza im się tylko w stanie zdenerwowania, emocji, a 9% twierdzi, że również wtedy, gdy chcą coś dosadnie określić.” [http://www.cbos.pl]

Przeklinamy wszędzie: w domu, na ulicy, w tramwaju, przyznanie się do tego nie sprawia nam trudności – przeklinamy gdy jesteśmy zdenerwowani lub gdy chcemy coś podkreślić, tzn. przesłać dosadne emocje. Ale co z Internetem? Dobre pytanie… CBOS nie umieścił statystyk Internetowych, dlaczego? Ponieważ wcale nie jest tak źle – a skoro nie jest źle, to jaka z tego sensacja? Z moich obliczeń (posłużyłem się archiwum http://groups.google.com ) wynika, że tylko co 10-ty Użytkownik polskiego Usenet’u manifestuje swoją impertynencję – to naprawdę dobry wynik, uwzględniając to, że 8-iu z nich robi to pod wpływem emocji. Jeszcze lepiej wypadamy w statystykach typu: „średni stosunek liczby wulgaryzmów do wyrazów”, w przypadku Grupy „pl.sci.psychologia” średnia za rok 2001 i 2002 wynosi około 0,1%, nie przekraczając 0,4%. Wniosek? Na „pl.sci.psychologia” przeklinamy symbolicznie – raz a porządnie, nie przeżuwając tego w nieskończoność. (…)

Ech… No i co? Nadal myślicie, że Temat „Ojczyzna Internetszczyzna” uwypukla piętno zwulgarnienia polskiego Internetu? Otóż nie – poniekąd oszukałem nawet samego siebie… Prawdą jest, że po raz kolejny rozbawiła mnie ludzka mentalność – tylko ludzie wymyślają coś po to, żeby później tego zabronić…

Może w następnym Felietonie zajmę się BRONIĄ NUKLEARNĄ? Kto wie? ;)

Tomasz Tyczyński; 2003

Następny wpis
Comments are closed.