Trudno opisać zalety podróżowania: rozszerzanie horyzontów to jedna sprawa, okna na inną pouczającą rzeczywistość to druga płaszczyzna wyściubiania nosa poza codziennie udeptywane ścieżki.
Jest mi o tyle trudniej podróżować, że codzienne rytuały i przewidywalność doświadczanych sytuacji dają mi poczucie bezpieczeństwa, tak długo, dopóki nie zwyrodnieje ono w bezzmysłowe nudne trwanie. Podróżuję, kiedy już nie mogę spokojnie usiedzieć, czytać, zwykle decyzja o rozpoczęciu podróży zapada w stanie podgorączkowym, dzięki temu widzę więcej i barwniej, wreszcie odbieram bodźce wielozmysłowo i wieloznacznie.
Za każdym razem, kiedy odważnie lub w mniej egzaltowanym nastroju wyruszam w podróż, wydaje mi się, że nie ma przypadków, a wszystkie szlaki podróży prowadzą do siebie, bardziej niż jakakolwiek droga do domu. Doceniam to i starannie odmierzam sobie dawkę wrażeń na każdy dzień, żeby nie uronić nic ze smaku nowości: czy to jest poranna kawa w średniowiecznym Grasse i udawanie tubylca nad „Libération”, czy odkodowywanie maszkaronów na lwowskiej kamienicy na Rynku, starannie nazywam i kataloguję je wszystkie, równie ciekawe i ważne.Każde miejsce ma wiele twarzy i jak bardzo odkrywczo lub banalnie mogło to zabrzmieć, z radością odkrywam jak doskonale banalne, kiedyś spisane i świeże, prawdy pasują do moich przygód podróżnych. Fascynujące odkrycie okresu przedmongolskiego w malarstwie ikon przypomina o lukach w mojej znajomości cywilizacji łacińskiej, powodując jednak ogromny apetyt na więcej wiedzy.
Czuję się dobrze w stanie chwilowej egzaltacji, za każdym razem uroczyście ślubując systematyczne wielowątkowe samokształcenie.I tak zawsze kończy się moje podróżowanie, dopóki nie przypomnę sobie, ile spraw w toku zostało, ile rytuałów należy skrupulatnie kontynuować, trwa ulotna egzaltacja podróżna: łapczywe przeglądanie przewodników, albumów, zarysu historii architektury, sylabizowanie pisanych cyrylicą miejscowych ogłoszeń i zaproszeń, czytanie ze zrozumieniem miejscowych ulotek, obietnice składane sobie z prawie noworocznym namaszczeniem. Po chwili i tak pamiętam jedynie, jak padało popołudniowe światło na ścianę kamienicy, którą minęłam w nabożnym skupieniu.
Dlatego polecam podróże, te małe i duże.
Ewa „zoe” Balik
11 lipca 2004
zoe9@wytnij-tu.gazeta.pl