Pamiętam tamte wakacje. Myśl o nich przywołuje wspomnienia tak ostre, jak zmysły spuszczone ze smyczy… Pamiętam ten niesamowity dzień w Hiszpanii, kiedy uświadomiłem sobie, co znaczy naprawdę czuć. Magia otaczała mnie, dotykała, delikatnie pieściła. Przez cały dzień żar lał się z nieba… Słońce starało się wypalić w człowieku piętno, którego ten nigdy nie zapomni. Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę jak gorąco potrafi być. Tylko raz było goręcej, ale to już inna historia.
Ciepło otoczenia wpływa na zachowanie człowieka. Przy tak wysokich temperaturach jak wtedy, czułem się jak nigdy wcześniej. Brak wody w organizmie powodował, że mój metabolizm zwolnił kilkakrotnie. Mózg przestawał pracować w normalnym tego słowa znaczeniu. Wszystko dookoła jakby stanęło, zamarło. Powietrze było tak ciężkie od gorąca i zapachów drzew oliwnych, migdałowców, mchów i traw, że aż przyklejało się do mnie. Jedynymi dźwiękami, które sobie przypominam było cykanie jakiś dziwnych – wynaturzonych świerszczy. Świat się zatrzymał. Nawet przelatująca obok mnie mucha wydawała być się nienaturalna, jak w świecie S. Dali’ego.
Nie pamiętam dokładnie jak spędziłem cały ten dzień. Zresztą nie to jest istotne, tylko dysonanse rzeczywistości i świata nierealnego, jakie się wówczas przeplatały. Poszedłem nad brzeg morza. Uwielbiam morze, mówiłem Ci już o tym? Nie był to jednak normalny piaszczysty brzeg. Dostępu do błękitu strzegły klify, o które delikatnie rozbryzgiwały się fale.Zanim dane mi było zobaczyć tego dnia morze, usłyszałem jego dźwięk. W tej wszechogarniającej ciszy usłyszałem szum… I pamiętam, że serce zaczęło bić we mnie mocniej. Oczy zrobiły się szklane i w jednej chwili zdałem sobie sprawę, że Tolkien miał rację. Tylko w szumie morza możemy usłyszeć głos Boga opowiadającego nam swoje historyjki. Zapragnąłem wtedy biec, by jak najszybciej móc zobaczyć morze, by jak najszybciej posłuchać, co ma mi do powiedzenia. Pamiętam ten szum do dzisiaj. Tkwi we mnie, niczym błysk w oku, niczym światło wewnętrzne. I za każdym razem, kiedy przypomnę sobie o tym zapadam się w samego siebie, znajdując źródło, które wtedy zostało mi objawione.
Pamiętam doskonale jak w zwolnionym tempie przyklejonego do mnie powietrza, podszedłem aż na samą krawędź klifu. Tego uczucia nie da się porównać ze zwykłymi doznaniami. Moje oczy zostały rozstrzelane niesamowitym połączeniem błękitu i turkusu. Widziałem jak słońce, które przez cały dzień znęcało się paląc moją skórę, bawi się z morzem tworząc coś na wzór „podwodnej” zorzy polarnej. Barwy skakały wypełniając zadanie Stwórcy, by po prostu zachwycać. Wszystko co wtedy zobaczyłem, setki odcieni i kolorów bawiących się ze sobą w berka, miało jakiś sens. Wszystko było uporządkowane. Jak ja się wtedy czułem. Nie byłem ani wesoły ani smutny. Czułem się szczęśliwy, zdając sobie sprawę, że właśnie dla takich momentów się żyje. I to była jedyna myśl, która wówczas przeleciała mi przez głowę.
Korzystając tylko ze wzroku i słuchu, można by było osiągnąć stan uniesienia. Mnie natomiast nie opuściła wtedy reszta zmysłów. Stając na klifie poczułem jak zmienia się powietrze. Poczułem, jak stojące powietrze zostaje zepchnięte w niebyt przez tak charakterystyczny zapach morza. Znasz pewnie ten zapach. Mocny, intensywny, świeży. I gdy się pochyliłem do przodu, spoglądając w dół zobaczyłem i prawie od razu poczułem. Miliony drobniutkich i orzeźwiających kropelek, które przyklejają mi się do twarzy, torsu, rąk. Uśmiech sam pojawił się na mojej twarzy, która znieruchomiała czekając w uniesieniu na kolejną falę.
Nie zadawałem wtedy pytań, nie analizowałem, nie myślałem. Po prostu stałem tam patrząc się na te wszystkie dary, które były tylko moje. Czułem się szczęśliwy. Chciałem trwać, chciałem żyć. Słuchać, patrzyć, dotykać, czuć.. Na samą myśl o tym przechodzą mi po plecach ciarki. Czas przestał istnieć, nie musiałem o nic pytać, bo nie istniały żadne odpowiedzi. Nie myślałem o nikim, bo byłem sam. Liczyłem się tylko ja. W tym momencie istniałem tylko ja. Czułem się wolny, niczym nie skrępowany. Patrząc na mewy nie zazdrościłem im już, że latają.
Pamiętam, że stałem długo. Nie potrafię powiedzieć ile dokładnie może 15 minut może 3 godziny. Zszedłem w dół i zanurzyłem się w wodzie. Była ciepła, ale orzeźwiająca. I w ułamku sekundy zostałem wyrwany z marazmu i poddany nowemu rodzajowi czucia. Przenikające przez taflę wody słońce oświetlało każdy zakamarek. Kolory i kształty, jakie wtedy widziałem pozostaną w mojej pamięci przez długi czas. Ryby, jeżowce i wszystkie inne żyjątka wzbudzały we mnie dziecinną ciekawość. Chciałem dotknąć, zobaczyć, sprawdzić czy to, na co patrzę jest prawdą czy tylko iluzją uplecioną przed moim wzrokiem. Ale wszystko było prawdziwe… i niepowtarzalne – jedyne w swoim rodzaju. I gdy przyzwyczaiłem się już do wody, jej temperatury i otoczenia, usłyszałem ryczącą ciszę. To co się czuje, przebywając samemu pod wodą jest piękne. Wszechogarniająca cisza, tak pełna, iż rytmiczne pukanie serca staje się waleniem młotem o stal. Cisza, w której myśl, przeskakująca z neuronu na neuron, zostawia po sobie echo odbijające się bez końca w czaszce. Uwielbiam to uczucie…
Tak minął mi niepostrzeżenie dzień, po którym nastąpił ciepły i parny wieczór. Moje magiczne doznania jednak się nie skończyły. Pamiętam, że po kolacji… Mmmm pyszna była – jakaś ryba i mule… wziąłem butelkę białego, półsłodkiego wina, kieliszek i poszedłem na dach. Trudno zresztą to, gdzie siedziałem nazwać dachem… gdyż w gruncie rzeczy był to po prostu taras. Cały domek a właściwie willa strasznie mi się podobała. Cała biała z czerwoną dachówka. Wybudowana w stylu mauretańskim z wieloma łukami, zaokrągleniami i zdobieniami. Dookoła domu rosły drzewa oliwne i migdałowce. W każdej chwili mogłabyś wyjść przed dom zerwać z drzewa migdała, obrać go ze skorupki po prostu żeby go zjeść. Na przeciwko mnie było morze, którego szum pomimo odległości dobrze słyszałem. Z trzech pozostałych stron otaczały mnie góry.
Siedząc na dachu zobaczyłem, jak nad głową zbierają się chmury, pędzące niczym białe rydwany na wschód. Piękny widok, gdy pierwsze gwiazdy zaczynają się pojawiać na nieboskłonie, a w ich towarzystwie przemykają po cichu biało-różowe obłoczki. Przy takim widoku, kiedy wszystkie gwiazdy patrzą na ciebie, kiedy wino zaczyna pulsować w żyłach, wszystko się uspokaja i wycisza. Następuje chwila, na którą spalony słońcem i wysuszony solą, organizm czekał od dawna… Czułem wtedy – błogość. I leżąc tak… nagi… odziany tylko w swoje myśli delektowałem się wieczorem. Nie wiem czy wiesz, ale na południu to w nocy pojawia się najwięcej zapachów. Zaczyna się czuć jaśmin, zapach żywicy, a lekka bryza przynosi zapach morza.. Do tego twoje zmysły pobudza orzeźwiająca świeżość wieczoru..
I patrząc w niebo, patrząc w miejsce gdzie mieszka Bóg, poczułem jak wzmaga się wiatr.. Pamiętam, że się podniosłem z ziemi i spojrzałem na wschód… Tego, co zobaczyłem nie potrafię opisać inaczej jak słowami – szok. To, co zobaczyłem było piękne. Znad gór przedostała się partia zimnego północnego powietrza, która z prawdziwą furią nacierała na ciepłe powietrze znad Afryki. Pierwszy raz mogłem obserwować takie zjawisko. Co więcej – dostałem za darmo wejściówkę na spektakl i to w pierwszym rzędzie. Dwa różne prądy powietrza zamknięte z trzech stron górami… nie mogące się przy tym wydostać z kotła. I zaczęła się burza. Kilka kilometrów ode mnie odbyła się największa bitwa, jakiej kiedykolwiek byłem świadkiem. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że nade mną cały czas świeciły niczym nie zasłonięte miliony gwiazd. Takich grzmotów, takich piorunów na czarnym jak smoła niebie nie widziałem nigdy. Furia i piękno. Siedząc z boku podziwiałem piękno tego zjawiska… bałem się… Ale nie był to typowy strach o to, że coś się może stać. Nawet nie wiem, dlaczego coś takiego czułem, ale strach pozostał….Było pięknie.. Przez jeden krótki dzień, widziałem i czułem więcej niż przez całe swoje życie.. Pamiętam, że wtedy po raz pierwszy tak naprawdę się zakochałem… Zakochałem się w życiu…
Matuzalem