UKŁAD. Przejście.

Był wczesny wieczór kończącego się lata. Jan W. stał na skrzyżowaniu i czekał. Czekał już prawie pół godziny, ale nic nie wskazywało na to, że w końcu uda mu się przejść na drugą stronę jezdni. Ruch był słaby. Ale on stale miał czerwone światło. Już kilka razy chciał nacisnąć przycisk, który uruchomi zmianę sygnalizacji świetlnej na tym przejściu. Bał się konsekwencji. Przepisy mówiły wyraźnie – ruch samochodowy można zatrzymać, o ile jezdnię chce przekroczyć co najmniej czworo ludzi. Był sam. Przez chwilę stał z nim jakiś pijaczyna. Szybko jednak zrezygnował mrucząc pod nosem, że przyjdzie jutro, kiedy ludzi będzie więcej.

Jan W. wracał z zebrania. Zebranie było nudne. Ożywił je tylko pewien incydent. Na pytanie prowadzącego, jak zwykle, wszyscy wpisywali na klawiaturach umieszczonych na pulpitach przed nimi, co chcą odpowiedzieć, jeśli udzielony zostanie im głos. Krótko, lapidarnie. Potem prowadzący wskazywał kto może mówić. Mówca mówił zawsze to, co chciał usłyszeć prowadzący, czyli to, czego oczekiwał Układ sprawujący władzę. Na końcu odbywało się głosowanie. Każda sprawa przechodziła jednogłośnie. Demokracja polegała na tym, że naród zawsze popierał tych, których wcześniej, w wolnych wyborach, wybrał.

Zaistniały incydent polegał na tym, że człowiek poproszony o głos mówił coś innego, niż sygnalizował, że powie, a dzięki czemu został dopuszczony do mikrofonu. Oszukał prowadzącego. Nim skończył przemawiać służby przeszukały jego mieszkanie, dzieci umieszczono czasowo w pogotowiu opiekuńczym, a żona rozpoczęła składać zeznania w prokuraturze. Zaraz na początku buntowniczego wystąpienia prowadzący wyłączył mikrofon. Mówca byłby więc słyszany wyłącznie w pierwszych rzędach, ale te jak zwykle zajmowali najbardziej głusi obywatele. To był przejaw dbałości Układu o społeczeństwo.

Jan W. stał pod czerwonym światłem już ponad godzinę. Deszcz spływał po jego łysej czaszce. Zrobiło się chłodno. Zamyślony przypomniał sobie, jak krnąbrny mówca po odejściu z mównicy i krótkiej rozmowie z prowadzącym ponownie wziął mikrofon do ręki, który tym razem działał i poinformował zebranych, że prosi o doprowadzanie do aresztu, i wskazał do którego aresztu powinien trafić.

Zdesperowany, przemoczony i zziębnięty Jan W. nacisnął przycisk. Na chwilę oślepił go błysk flesza. To fotokomórka zarejestrowała sprawcę. Po chwili światło zmieniło się na żółte, a następnie na zielone. Jan W. przeszedł na drugą stronę jezdni. Z chwilą kiedy postawił stopę na chodniku ujrzał przed sobą dwóch rosłych, okrytych pelerynami, funkcjonariuszy służb porządkowych. – Jan W. – zapytał jeden z nich. – Tak – potwierdził Jan W. – Pójdzie pan z nami! Wzięli go w środek i nie bacząc na kolor świateł, ani na jadące i gwałtownie hamujące samochody, przeszli na drugą stronę ulicy. Tam skąd przyszedł. – Został pan pouczony. Jeśli takie zachowanie jeszcze raz się powtórzy straci pan prawo przechodzenia w „czwórce”. Następny próg to „dziesiątka”. Miłej nocy! Władza była stanowcza lecz grzeczna.

Jan W. stał na skrzyżowaniu i czekał. Był późny wieczór kończącego się lata.

Henryk Brunon Szumielski – 30.03.2006.

Następny wpis
Comments are closed.