dla pana Jurka P. z baru Pod Mocnym Aniołem…
Dawid tępo popijał brzoskwiniówkę i zwierzęco tęsknił za kobietą. Kolor alkoholu przypominał mu kobiecą skórę, zaczął więc lubieżnie obmacywać wzrokiem kształtną butelkę. Ale gdy jego oczy niespodziewanie natknęły się na stojącą na półce figurkę tłustego buddy – poczuł obrzydzenie do samego siebie. Nagle czknął, zachłysnął się, ale po chwili już był spokojny. Z namaszczeniem przygładził włosy chcąc w ten sposób przywrócić wartość swemu skacowanemu ego. Przybierając już całkiem tragiczną minę człowieka pogrążonego w głębokiej depresji włączył adapter z Sonatą Księżycową.
I zasłuchał się… Nagły napad czkawki przerwał mu tę celebrację melancholii i w magiczny sposób sprawił, że płyta się zacięła. – Co, u licha ciężkiego?! – zaklął. Czując się bezradnym wobec przestarzałej techniki, zdecydował się znowu sięgnąć po swoją brzoskwiniową pocieszycielkę. Spojrzał za okno. Z wysokości piątego piętra w obskurnym blokowisku dało się już zobaczyć szczyty drzew. Pies spał na balkonie wygrzewając się w czerwcowym, parnym powietrzu.
- Tylko jakaś ciepła piczka może mnie uleczyć – stwierdził z przekonaniem. Przypomniał sobie Magdę, a raczej jej ponętne ciało i ciepłą skórę o niedającym się opisać zapachu (pewnie brzoskwiniowym!), który przyciągał go zawsze, kiedy była blisko. Jednak pijana pamięć ma to do siebie, że jest wybiórcza. Nie pamiętał jak bardzo ją skrzywdził, nie pamiętał też, że się rozstali. Dlatego bez wahania podniósł słuchawkę telefonu i, po pełnej napięcia chwili, nacisnął zakodowany w aparacie numer czując się jakby sięgał po koło ratunkowe w czasie szalejącego sztormu (telefon dziwnie kołysał mu się przed oczami…).
- Halo?
- Madzia? Madzieńka! Śliczności ty moje! – wybełkotał. Cisza po drugiej stronie nieco go otrzeźwiła.
- Yyy, stało się coś? Gniewasz się? Przyjdź do mnie, to dam ci całusa na zgodę i wszystko będzie w porząsiu…- zamruczał, w jego mniemaniu, niezwykle zmysłowo. – Czyś ty do reszty oszalał?! Uchlałeś się na umór i dzwonisz do mnie jak gdyby nigdy nic??? Jak śmiesz?! Po tym, co mi zrobiłeś? Nie masz ani odrobiny wstydu?!
- Ale Madziunia, co ty? Przyjdź szybko, to się popieścimy…
- Nigdzie nie przyjdę, ty zapijaczony bydlaku! Pieprz się!!! – wzburzona rzuciła słuchawką.
Dawid stał jak ogłuszony. Jego utopiony w alkoholu mózg nie potrafił logicznie połączyć faktów z przeszłości i teraźniejszości. Płyta wciąż dławiła się tym samym fragmentem pierwszej części Sonaty.
- Pieprz się??? – nie dowierzał w to, co usłyszał. – Przecież samemu się nie da… – wymamrotał bez sensu. – A poza tym ręce mi się trzęsą.
Poczuł się jak ktoś, kto w ostatniej chwili dobiegł do tramwaju, po czym drzwi zatrzaśnięto mu przed nosem. Ogarnęła go wściekła irytacja; jak ona mogła mu odmówić wiedząc, że jest w potrzebie?
- Ty głupia zdziro! – wrzasnął czując jak głód ciała narasta w jego wnętrznościach.
- I co ja teraz zrobię?!
Nagle zabulgotało mu w brzuchu i zwymiotował wprost na dywan. Poczuł małą ulgę, jakby zrzucił z siebie przygniatający żołądek ciężar, ale trwało to zbyt krótko, by go przywrócić do równowagi.
- O,cholera! – zauważył błyskotliwie niejasno domyślając się, że teraz będzie to musiał posprzątać, bo w przeciwnym razie będzie skazany na smród z własnych trzewi. To go rozzłościło jeszcze bardziej. Sprzątać samemu po sobie – toż to ogromne upokorzenie! Sprzątanie to rzecz babska!
Nagle za oknem po drugiej stronie ulicy mignęło mu coś jakby znajomego. Wstał i dojrzał w oddali żółtą sukienkę, tak dobrze sobie znaną, tak słodko się kojarzącą z brzoskwiniową skórą Magdy, jego Madzi.
Ulegając nagłemu impulsowi podbiegł do okna i … poślizgnął się w rozpędzie na własnych wymiocinach. Jakoś tak łatwo przeleciał przez balkonową barierkę, co najmniej jakby był owym ciężarem na żołądku. Właściwie to wypluł sam siebie i … otrzeźwiał. Przez te kilka sekund, kiedy leciał, patrzył jak żółta sukienka znika za najbliższym rogiem. Właśnie wtedy dotarło do niego, że to nie ona, nie jego Madzia.
Trup, jak zwykle niechlujny, i tym razem zapaskudził chodnik swoją zatrutą alkoholem krwią. Ulica była wyludniona – jak to w skwarne niedzielne południe. Na balkonie rozbudzony pies drapał się leniwie. W niewyjasniony sposób płyta nagle się odblokowała i przeskoczyła do części trzeciej. Czyste tony Sonaty Księżycowej rozbrzmiały teraz triumfująco puentując idiotyczny upadek z wysokości.
Zadzwonił telefon.
- Tu Dawid. Nie ma mnie w domu. Zostaw wiadomość.
- To ja, Magda… Słuchaj, ja nie zapomniałam o tamtym, ale jeżeli obiecasz, że się postarasz, to…
Anna Alochno-Janas