Pamiętam taki wieczór… Obrazy jak we mgle. Trudno mi je umiejscowić w czasie, trochę łatwiej w przestrzeni. To chyba było naprawdę, chociaż czasami tak mam, że coś mi się uroi wczesnym rankiem, bardziej we śnie, niż na jawie, ale już nie całkiem we śnie. A potem w głowę zachodzę, czy to było, czy nie było. Zaraz, czekajcie… chyba sobie przypomnę. Z jakiegoś powodu chciałbym te niejasne przebłyski zebrać w jedną całość. Z jakiegoś powodu można by tę historię wam opowiedzieć.
Wieczór był chłodny, ale przyjemny. Chmury zaściełały niebo, bo nie mogłem dojrzeć gwiazd (broń mnie, Panie Boże przenajświętszy, żebym specjalnie ich jakoś wyglądał!) – ale wiedziałem, że z takich chmur deszczu nie będzie. Przeto wyszedłem z domu niefrasobliwie rozchełstany, w marynarce, która tylko oględnie przypomina marynarkę, koszuli – prawie półczystej (mój neologizm, Białoszewski by się nie powstydził). Bez palta.
Wszystko było spowite bursztynowym światłem latarń, tylko najskrytsze wnęki pomiędzy kamienicami, zapomniane zaułki i bramy podwórzy, w których hulały przeciągi, ziały chłodnym mrokiem. Wokół panowała cisza, chociaż od czasu do czasu przejeżdżały samochody, skuleni ludzie przemykali jakby przytulając się, czy przywierając do murów budynków, niczym czarny małż do skały; pijani ludzie płynęli niezobowiązująco tam, gdzie znosił ich wiatr. Mimo to wydało mi się, że moje kroki, rozlegające się miarowo i pewnie, były jedynym odgłosem ukonstytuowanym i nieprzypadkowym. Na tym odgłosie udało mi się przez pewien czas skupić całą swą uwagę. Po co? Od czego chciałem ją odwrócić?
Jaki czort mnie podkusił, nie wiem – w każdym razie poszedłem tego wieczoru na przedstawienie. Nie chadzam sam na przedstawienia, jestem za młody na to, żeby pokazywać się samemu w takich miejscach. Człowiek młody zawsze znajdzie od biedy jakieś towarzystwo. On tym towarzystwem nie musi być zachwycony, ale sama możliwość osiągania pewnej pozycji towarzyskiej, powinna determinować to osiąganie. Innymi słowy – samotność (jak zdążyłem się nauczyć) nie jest przywilejem młodości. Nie jest też przywilejem starości, przypuszczam, jest raczej jej udręką. Samotność w ogóle nie jest przywilejem.
To, że poszedłem wtedy sam, nawet nie próbując zorganizować sobie jakiejś kompanii, świadczy na niekorzyść prawdziwości tamtych zdarzeń. W istocie, teraz, kiedy to do mnie dociera, nie wiem czy jest sens kontynuować opowieść. Idźmy jednak dalej, odwrotu już nie będzie, ale zawsze można się zatrzymać i nie postąpić ani o krok.
Z tamtego spektaklu nie pamiętam prawie niczego. Bardziej zapadło mi w pamięć krzesło z czerwonym obiciem i to, że było mi ciepło i sennie, może nawet przez krótki moment zdarzyło mi się przysnąć. Na scenie doprawdy rzeczy niezwykłe. Jakieś ciała zwierzęce podwieszone pod sufitem, aktorzy miotający się, wykrzykujący, wstępujący na wyżyny patosu, uderzający w ton heroiczny, a może demoniczny. Na co jednak wszystko to się składało, czy też miało składać – bo ja wiem…
Antrakt. Antrakt mogę wam opowiedzieć, chociaż zlał on się całkowicie ze wszystkimi innymi antraktami, które przeżyłem. One są takie same, tak samo upojne, tak samo efemeryczne. Uwielbiam te pijane parę minut między aktami. Unoszę się wtedy kilka centymetrów nad podłogą, krążę pomiędzy figurami wielce dostojnymi i poważnymi, zajętymi kurtuazyjną pogawędką. Odbijam się od nich czasem i wirując fantazyjnie, sunę w sobie tylko znanym (a czasem i nieznanym) kierunku. Rozglądam się niezbyt zaciekawiony, po trosze zaś zadziwiony tym wszystkim, jak i własnym stanem. Tu skóra obwisła, zasuszona, pomarszczona na karku starszej damy w szalu z tekstylnych norek, tam nieogolenie na gardzieli nieco młodszej.
Czasem wybudzam się pod wpływem chłodu z tego dziwacznego snu i ze zdumieniem konstatuję, że jestem w palarni. W palarni zawsze chłodniej, bo nie jest to prawdziwa, zorganizowana palarnia, a jedynie przedsionek właściwego holu teatru, tam przy kasach. Skoro już tam jestem, wyciągam paczkę papierosów Davidoff. Musicie wiedzieć, że palę w sposób kompromitujący, prawie nigdy się nie zaciągam. Palę jak uczniak. Albo generał Jaruzelski.
Ale już mniejsza o ten teatr. Wyszedłem po spektaklu i nie zastanawiając się nad jego treścią ani przez chwilę, ruszyłem główną ulicą, wciąż dość tłoczną, zważywszy porę.
Ach, cóż to za utrapienie! To dręczące uczucie, które towarzyszy mi często, niezwykle często, zwłaszcza wieczorami, od kiedy tylko pamiętam, od najmłodszych lat dziecięcych. Nie wiem, czy to znacie, czy macie podobnie. Nie dający się oszukać głód wydarzeń, dojmujące nienasycenie aktualną sytuacją i własnym stanem. Rozpaczliwa potrzeba wypełnienia chwili, potrzeba, aby coś się wydarzyło, coś nadeszło – coś nowego, niepokojącego i podniecającego. Chęć, aby tu i teraz, natychmiast, upadały cesarstwa i umierali Bogowie.
Ależ oczywiście, że wszystko to zawsze spełza na niczym. Byłem kiedyś na Saharze. Czekałem na wiatr, który może złagodziłby gorąc, którym chłostała mnie morderczo ognista tarcza słoneczna z wyżyn firmamentu nieskalanego najmniejszym nawet obłokiem. I kiedy ten wiatr zawiał, okazało się, że jest tak samo gorący i suchy, jak powietrze stojące, uśpione, które okalało mnie chwilę wcześniej. A zamiast orzeźwienia niósł ziarenka piasku, które zgrzytały mi potem między zębami. Nic się nie da zrobić.
Przeszedłem się główną promenadą raz i drugi, osobliwy stan nerwowości nie ustępował ani na jotę.
Właściwie, to jest jeden sposób, aby ten cholerny krzyk ducha zagłuszyć. Należy się urżnąć w sztok. Zagłuszanie to jest jednak procesem wielofazowym…
Otóż przez pierwsze trzy piwa (stosuję tu jednostkę piwa w rozumieniu półlitrowej szklanicy, jako najbardziej miarodajną) wsobne wołanie, degrengolada wewnętrznego spokoju – narastają i rozdymają się do rozmiarów upiornych, doprawdy trudnych do zniesienia. Około czwartego – szóstego piwa, nastaje czas częściowego otępienia. To, co prawda, nie przywołuje ducha do porządku, ale działa równie skutecznie; tak, że jemu przestaje się chcieć krzyczeć. Od ósmego piwa wzwyż – że tak powiem – brak jest danych, które moglibyśmy uznać za wiarygodne…
Nie zważajcie, takie tam moje ględzenie… Coś jak systematyka pijaństwa może się narodzić tylko w umyśle beznadziejnie trzeźwym. A takim jest mój umysł teraz, kiedy staram się przywołać niezborne reminiscencje (a może tylko fantazmaty?) tamtego wieczoru. W praktyce wiecie jak jest – nie najgorzej. Zalewa się mordę, to i tamto się gada, a głównie „chlup w ten głupi dziób” i jeszcze „pijemy, przepijamy!”
Już miałem wejść do szynku, najbliższego, przypadkowego, w którym nigdy chyba nie byłem, no, może byłem raz. Wtedy jednak pewien dźwięk, który przeszył jednostajny pomruk ulicy i wzbił się błyskawicznie, aby na moment zawisnąć ponad dachami kamienic, przykuł moją uwagę. Jak flara rozświetla wszystko wokół, sprawiając chwilowy dzień w środku nocy, tak ów dźwięk na mniej niż sekundę doprowadził powietrze do czystości krystalicznej, uszlachetnionego, prawie wzruszonego i niemal poruszającego, rozedrgania.
To ktoś zagrał na skrzypcach. Wydało mi się, że tę melodię kiedyś już gdzieś zasłyszałem, nie miało to zresztą żadnego znaczenia. To była jedna z tych melodii, których słuchamy z nie udawanym przejęciem, kiedy odgrywana jest na żywo, ale raczej nie dotrwalibyśmy do końca, tym bardziej w skupieniu, jeśliby ktoś odtworzył ją z taśmy. Grano bodaj w D-mollu. Przystanąłem i po chwili wahania zawróciłem, na tyle zaintrygowany grajkiem, który rozpoczął swój uliczny koncert, pomimo cokolwiek zaawansowanej pory, że postanowiłem jeszcze o parę minut odwlec błogi moment zanurzenia ust w goryczkowym trunku.
Poszedłem w kierunku, z którego dochodziła muzyka. A dochodziła z niedalekiej przecznicy, na której głównie znajdowały się butiki, oczywiście już pozamykane. Za szybami, w których latarnie odbijały się mdłym refleksem, stały manekiny, chłodne i zdeterminowane w swym zastygnięciu. Z członkami pokracznie wykoślawionymi, niby to w gestach i pozach dystyngowanych, to znów zalotnych, strzegły mrocznych jam, wnętrz sklepów. Były tam też dwie knajpy, przed którymi rozstawiono ogródki piwne, o dziwno – wciąż jeszcze cieszące się powodzeniem, chociaż temperatura nie mogła przekraczać 15 stopni. I tam, gdzieś pomiędzy ogródkami, stał ów zadziwiający skrzypek.
A to była kobieta. Ubrana nieadekwatnie do pogody, opatulona szalem, który miał chyba ze trzy metry, w wytartej, granatowej kurtce, wyglądała, jakby chciała skomasować się do rozmiarów nieskończenie małych, stać się masą punktową, która niby to jest, ale nie zajmuje żadnej przestrzeni. Jakby jej wola istnienia zachłysnęła się lodowatą wodą rzeczywistości i nieprzytomna opadała bezwładnie w niezgłębione czeluście, diabli wiedzą, czego. Nie myślcie jednak, że przez to prezentowała sobą obraz politowania godny. O, nie – mimo tego skulenia, pozornego dążenia każdej cząsteczki jej ciała do zakończenia swego istnienia, coś nie pozwalało ujrzeć jej jako słabej. Nie wiedziałem, o co chodzi, dlaczego nie mieści mi się w koncept, dlaczego nie poddaje się jednoznacznej, ba!, żadnej ocenie. Spojrzałem na gryf skrzypiec i przyglądałem się mu pewien czas, jakby w oderwaniu od muzyki, która płynęła teraz strużką powolną i rzewną. Całą swą percepcję skierowałem ku linii gryfu, ku szlachetnej barwie mahoniu i nie wiem jak długo jeszcze bym tak gapił się bezproduktywnie, gdyby z tego stanu otępiałości nie wyrwały mnie palce. Palce skrzypaczki, które wykonały błyskawiczny pasaż triolowy w górę, zakończony vibrattem tego samego dźwięku, który rozpoczął całość. Długo po tym jak dźwięk już wybrzmiał, w mojej głowie wciąż rezonowało jego echo, aż wreszcie uprzytomniłem sobie, że utwór dobiegł końca.
Znów usłyszałem, że gdzieś trąbi samochód, szczeka pies, wydziera się pijak. Szybkim spojrzeniem zlustrowałem raz jeszcze skrzypaczkę. Zwróciłem uwagę na mój oddech, który był krótki i nierówny – co ni chybi było objawem silnego doznania emocjonalnego.
Wtem coś mnie tknęło. Ujrzałem się w całej durności sytuacji. Nie byłem pewien, skąd wzięło się to wzruszenie, taka przemożna potrzeba rozpłynięcia się w uniesieniach drugorzędnej próby – bo niech mnie diabli wezmą, jeśli owo wzruszenie nie było zgoła mylne, jakieś kulą w płot trafione, zbyt łatwe. Poczułem, że uwodzi mnie taniocha. Opamiętałem się, odwróciłem i poszedłem.
Kiedy minąłem róg i kobieta zniknęła z pola mego widzenia, w powietrze wzbiła się następna melodia, ale pewne znużenie, które było rezultatem tak silnego zauroczenia melodią dopiero co przebrzmiałą, napełniło mnie niechęcią do tej kolejnej. Przyspieszyłem kroku. Pewien czas szedłem ze wzrokiem wbitym w bruk, ale coś kazało mi się rozejrzeć po ludziach i to też uczyniłem.
Widok, który ujrzałem był doprawdy zdumiewający. Ciżba ludzka niby to sunęła jak poprzednio… niby to zajęta była rozmowami i drżeniem… dryfowaniem i pośpiechem… Ale oto z ich gęb spozierały na mnie już nie oczy, a płomyki jakieś, kurwa, ogniki. Wyobrażacie sobie? Nie wyobrażacie. Bo też trudno to sobie wyobrazić, niełatwo opisać.
Byliście kiedyś po drugiej stronie lustra weneckiego, w którym ktoś się przegląda? To upiorne uczucie bycia przeszywanym wzrokiem nieświadomym istnienia obiektów, na które zdaje się być kierowany, wzrokiem odczłowieczonym, wzrokiem czystym, po prostu wzrokiem, bez przymiotników, kiedy ktoś tylko stoi, patrząc – udzieliło mi się i wtedy.
Nie wiem do dziś, co z ogników tych wyzierało (a prawdopodobnie właśnie nic), ani też skąd się zrodziły. Dość że choć przecież płonęły, to były chłodne i zdejmujące trwogą. Nie, żeby wszystkie jakoś specjalnie skupione były na mnie, o, nie. Przeciwnie wręcz – posuwiście zmierzały w swoim kierunku, pewnie osadzone w oczodołach jak kamień w pierścieniu i tylko raz po raz któryś błysnął ku mnie w ohydzie swojej martwoty. Wtedy czułem, jakby w przełyku ugrzązł mi lodowaty sztylet, a po plecach przechodziły dreszcze.
Morze głów i korpusów napierające na mnie zdawało się być bezkresne i nieprzebrane, stanowiące jedno potworne, fluktuujące, przetaczające się i leniwie wijące monstrum. A jednak dostrzegłem w odległości dwudziestu, trzydziestu może, metrów pewne spiętrzenie, wzburzenie. Monolit masy został zaburzony i to tchnęło we mnie jakąś niejasną nadzieję, nie wiem, nie mogłem wiedzieć, na co.
Nadzieja rodzi się w nas w kontraście do sytuacji krytycznych, w których się znajdujemy, albo też na progu wydarzeń przełomowych. Ja nie byłem w sytuacji krytycznej, nie było też widoków na jakikolwiek przełom, na to, żeby wiatr powiał z innego kierunku. Po co zatem ta nadzieja? W odniesieniu do czego? Pomyliła adres? Powinienem był odesłać do nadawcy? Ki czort?
A tymczasem ta fala niechybnie się przybliżała. Ludzie z ognikami zamiast oczu rozstępowali się, usuwali z drogi, czasem nawet uskakiwali w bok przed czymś, czego jeszcze nie byłem w stanie dojrzeć. Doprawdy, coraz więcej zadziwiało mnie to zjawisko, gdyż, będąc już tuż-tuż, wciąż stanowiło zagadkę. Prawie do samego końca nic nie wyłaniało się spomiędzy tych figur.
Aż wreszcie, kiedy przepchnięty jakąś siłą, której pochodzenie miałem za chwilę poznać, mężczyzna w bordowym szalu ustąpił na bok, moim oczom ukazał się karzeł. Niech nie stanie przed wami jednak obraz brzydki i groteskowy. Karzeł ten odznaczał się tym, że był człowiekiem niskim, nie był jednak zgarbiony, nie przypominał w niczym maszkarona, nie spluwał kątem ust, uzębienie miał pełne. I miał parę oczu.
Zatrzymał się na wprost mnie. Jego drobne ciało wyprężyło się, jakby w skurczu wszystkich mięśni jednocześnie. Krótkie kończyny pozornie zastygły w geście pewnym i władczym… jakbym oglądał kliszę ze zdjęciem wytrawnego retora podczas wygłaszania popisowej tyrady… A jednak te kończyny zdjęte były permanentnym, niedostrzegalnym prawie drżeniem.
- Chodźże! – Wycedził i spojrzał na mnie z poirytowaniem, jakbyśmy byli starymi znajomymi od pięciu minut sprzeczającymi się, czy zostać tu gdzie jesteśmy, czy też zmienić lokal. Moja mina musiała być naprawdę głupia, wszak inna być nie mogła!, bo twarz jego poczerwieniała z podenerwowania. – No, chodźże, do jasnej cholery!
- Przepraszam, wydaje mi się, że pan chyba…
- Ryj! Idziesz?
Odwrócił się i zrobił szybko dwa kroki, mnie wmurowało w chodnik. Obejrzał się niecierpliwie, aby sprawdzić, czy idę za nim. I wiecie co? Poszedłem.
Mijaliśmy dalej tych wszystkich ludzi, jednak uczucie trwogi mnie (zdaje się) opuściło, chyba na skutek pośpiechu. Bo w istocie tempo, jakie narzucił naszemu krokowi karzeł, było imponujące. Nie oglądał się już więcej, pewien, że podążam tam, gdzie on. Gorączkowo zaczął szukać czegoś w niezliczonych kieszeniach i schowkach kapoty wyraźnie na niego za dużej. Słyszałem jak mruczy pod nosem – Syf, dżuma, miasto… Gangrena jakaś.
Po chwili w jego rękach zabrzęczał pęk kluczy. Wyłączyłem myślenie, przestałem zadawać sobie pytania, szedłem. Poczułem słony smak na wargach: to kropelka potu skapnęła mi z czoła. Było mi za gorąco, nie zwalniając ani trochę, zdjąłem marynarkę i przerzuciłem ją przez ramię. Znałem wszystkie te ulice, którymi prowadził mnie karzeł, a jednak w tamtej chwili było w nich coś nie do zniesienia… i gdziekolwiek się znaleźliśmy, chciałem jak najszybciej być już gdzie indziej. Oglądałem otoczenie jak przez szybę – kształty znajome zdawały się przemieniać w coś całkowicie nieznajomego.
Ocknąłem się z tego amoku na wysoko pnących się schodach, u których szczytu dumnie prężyła się marmurowa kolumnada. Również i tutaj bywałem wcześniej. To było muzeum historii naturalnej. O tej porze już dawno nieczynne. Stanęliśmy u jego masywnych odrzwi. Karzeł sapał i ja sapałem. Ja jednak sapałem w zadyszce. Sapanie karła miało zupełnie inne podłoże. On ciężko dyszał, rozpalony pasją. Spośród kilkunastu kluczy jego krótkie, acz zwinne palce wybrały jeden – największy, mosiężny. Przekręcił klucz w zamku i otwarł drzwi, które rozsunęły się bezszelestnie. Wbiegł do głównego holu, jego kroki poniosły się echem po przestronnych wnętrzach. Zatrzymał się na środku i chwilę nerwowo rozglądał, jakby zgubił koncept, zapomniał co chciał zrobić i starał się sobie przypomnieć.
Wokół panował półmrok. Żadne ze świateł nie było zapalone, a i karzeł najwyraźniej nawet nie rozważał zapalenia któregoś. Ale światła uliczne, wpadające przez szerokie okna blado rozświetlały posadzkę i ściany, na których malowały się tajemnicze cienie i półcienie niewiadomego pochodzenia. Rozglądałem się po tych wnętrzach oniemiały, otępiały, narkotyzowałem się zawiesistym światłem, które, sącząc się przez podwójne, brudne szyby okienne, traciło nie tylko swoją moc, ale i stawało się amorficzne, nieokreślone. Przypomniał mi się ten kuglarz, Schulz.
-Ty! – Zawołał mnie karzeł. – Ty, chodź!
Puścił się biegiem po schodach, ja za nim. Przebyliśmy jakiś korytarz i stanęliśmy u zamkniętych drzwi, które on niezwłocznie otwarł. Przestąpiliśmy pomieszczenie, które kończyło się kolejnymi drzwiami. Te również nie były otwarte. Tym razem jednak karzeł zachował się inaczej. Bardzo szybko i pewnie odszukał właściwy klucz, lecz nie umieścił go od razu w zamku. Zacisnął na nim silnie dłoń. Spojrzał w sufit, westchnął. A gdy wydychał powietrze, bardzo wyraźnie usłyszałem, jak drżący był jego oddech.
W końcu otwarł drzwi i powoli, ostrożnie, a nawet z obawą, zrobił pierwszy krok, przestępując próg. Kiedy jego stopa dotknęła posadzki, jakby nowy duch w niego wstąpił. Wkroczył dynamicznie w głąb pomieszczenia. Jego okna nie były zorientowane na główną ulicę, przez co było w nim jeszcze ciemniej, niż w salach wcześniejszych. Stało tam kilka gablot, ale wszystkie były puste, prócz jednej. Do niej to podszedł karzeł. Słyszałem tylko jego ciężki, nierówny oddech i – nie wiedzieć czemu – głuche walenie mojego serca.
- Tutaj. – Wskazał na gablotę. Byłem jednak o metr, dwa za daleko, aby wśród ciemności rozróżnić kształty. – Tutaj, patrz, podejdź… – Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach. W jego głosie przebrzmiała nuta diaboliczna. – No, patrz. – Naciskał, a ten głos wpadł teraz w wynaturzoną wibrację. Było to coś pośredniego między strwożonym szeptem, a obłędnym śmiechem, coś ohydnego i niezrozumiałego. Jakby szczątki wypowiedzi kogoś miotanego konwulsjami delirium tremens. – Zbliż się, jeszcze, jeszcze!
Zrobiłem dwa kroki i ujrzałem biel szkieletu. Ziejące oczodoły, obnażone szczęki i rogi, jakby wciąż jeszcze spragnione ubodzenia. Refleks światła, padającego nie wiadomo skąd, nieco rozjaśnił tabliczkę u dołu gabloty – tak, że zdołałem odczytać: „Capra ibex – kozioł skalny”.
A za moimi plecami znów rozległ się ten głos:
- Widzisz? Kiedyś nawet czart nie umiał chodzić prosto.
Radek Matysek