III miejsce w konkursie — Opowieści z Siwobrodu

Była sobie pewna wio­ska. Nazy­wała się Siwo­bród i miała pewną intry­gu­jącą wła­ści­wość, która spę­dzała sen z powiek jej miesz­kań­com.
Od zawsze ginęły tu dzieci.

XVI wiek

Nasza opo­wieść zaczyna się za pano­wa­nia króla Ste­fana Bato­rego, pośród zapo­mnia­nych przez Boga i ludzi dzi­kich ostę­pów zabu­żań­skich, pomię­dzy Lubelsz­czy­zną a Rusią Czarną. Tam wła­śnie znaj­do­wał się Siwo­bród. Nale­żał on do pew­nego pod­upa­dłego na zdro­wiu i majątku pana Krze­miń­skiego. Czło­wiek ów znacz­nie czę­ściej się­gał po szkla­nicę niż zaglą­dał do reje­strów, tra­cąc w ten spo­sób zie­mię i pie­nią­dze. Dawno już zapo­mniał o  maleń­kiej, nie przy­no­szą­cej mu żadnych więk­szych zysków osa­dzie, odda­lo­nej w dodatku znacz­nie od jego roz­le­glej­szych wło­ści pod Lubli­nem. Miesz­kańcy Siwo­brodu byli więc zdani tylko na sie­bie, pozba­wieni ochrony dzie­dzica w razie jakiej­kol­wiek napa­ści, roz­bo­jów czy pro­ble­mów z siłami nie­czy­stymi. Napa­dać nie miał kto, roz­bój­ni­ków też nie stało, ale siły nie­czy­ste miały się świet­nie.
Osada była maleńka, poło­żona na samym skraju okry­tego mroczną sławą Sowiego Boru i odda­lona o trzy dni drogi od naj­bliż­szej wsi w sąsiedz­twie, nie­wiele zresztą więk­szej. Jak daleko było do jakie­goś pokaź­niej­szego osie­dla – nikt nie wie­dział, ponie­waż  ani nikt stąd nie ruszał się dalej niż do Ryko­wi­ska, ani Siwo­brodu nie nawie­dzali zbyt czę­sto goście z wiel­kiego świata. Żyło się tu skrom­nie, uczci­wie i pra­co­wi­cie. Wszystko byłoby pięk­nie, gdyby nie zło­wro­gie cie­nie, gęst­nie­jące nad wio­ską i pochła­nia­jące powoli coraz wię­cej jej miesz­kań­ców, zwłasz­cza małych dzieci. Ludzie sta­rali się na wszel­kie spo­soby obro­nić przed ciem­nymi mocami, nie zawsze im się to jed­nak uda­wało. Pie­kielny odpo­wied­nik siły wyż­szej nie dawał im chwili spo­koju.
Dia­beł potrafi uka­zy­wać się pod wie­loma posta­ciami, a gęste mgły ota­cza­jące Siwo­bród i krą­żące leni­wie wśród czar­nych, poskrę­ca­nych pni Sowiego Boru z całą pew­no­ścią nale­żały do jego licz­nych wcieleń.

*   *   *
Widy­wano je cza­sem na polach. Smu­kłe, wyso­kie postaci o dłu­gich, roz­wia­nych wło­sach i nie­na­tu­ral­nie bla­dych twa­rzach. Poja­wiały się zawsze poje­dyn­czo, na ogół zaraz po zmroku lub też bla­dym świtem, gdy słońce nie dawało się jesz­cze zbyt­nio we znaki. Cza­sem można było obser­wo­wać je codzien­nie, cza­sem nie poka­zy­wały się przez wiele mie­sięcy. Mówiono, że potra­fią przy­bie­rać naj­prze­róż­niej­sze postaci. Raz przy­po­mi­nają ludzi, kiedy indziej znów uka­zują się jako wilki czy nocne ptaki, zwane powszech­nie gac­kami. Poznać je zaś można było zawsze po wiel­kich, czar­nych oczach, w któ­rych gdzieś na dnie pobły­ski­wała zło­wroga czer­wień (nikt nigdy nie udzie­lił odpo­wie­dzi na pyta­nie, skąd to wła­ści­wie wia­domo, skoro brak żywych, któ­rzy mie­liby oka­zję zna­leźć się na tyle bli­sko, by móc to stwier­dzić), a także po nie­sa­mo­wi­tej gra­cji ruchów, nie­za­leż­nie od kształ­tów, pod jakimi się ukazywały.

*   *   *

Gdy tylko na hory­zon­cie uka­zała się syl­wetka przy­by­sza, miesz­kańcy wio­ski wie­dzieli, że oto nad­szedł czas zmian. Nagle zawiał wiatr, nio­sąc z sobą lekką, nieco draż­niącą woń, koja­rzącą się z chłod­nym poran­kiem na ste­pie. Maja­czący w oddali Sowi Bór zgęst­niał, pociem­niał, skur­czył się w sobie – zupeł­nie jakby w ocze­ki­wa­niu na cios. Cios zadany ręką mło­dego męż­czy­zny o ciem­nej, zwi­chrzo­nej czu­pry­nie, dłu­gich nogach i znie­wa­la­ją­cym szel­mow­skim uśmie­chu, który nie się­gał oczu. Te były mądre, uważne, a nawet – tro­chę smutne. Stę­sk­nione jakby i poszu­ku­jące.
Mło­dzie­niec szedł dziar­sko, z zain­te­re­so­wa­niem roz­glą­da­jąc się na boki. Zapewne świa­dom był wielu cie­kaw­skich oczu, śledzą­cych każdy jego ruch zza pło­tów i drew­nia­nych ścian domów. Siwo­bród żył takimi chwi­lami. To wtedy, gdy do wio­ski raz na wiele, wiele mie­sięcy docie­rał ktoś ze świata „na zewnątrz”, życie jej miesz­kań­ców zamie­rało na chwilę, po to tylko, by zaraz roz­po­cząć się na nowo. Być może miało jed­nak toczyć się odtąd w zupeł­nie innym kie­runku. Któż bowiem może wie­dzieć, co taki wędro­wiec nie­sie ze sobą? Może być to na przy­kład wór pełen kosz­tow­no­ści. Złota korona, zra­bo­wana z grobu zapo­mnia­nego władcy. Przed­miot magiczny o mocy dawa­nia wiecz­nego życia i szczę­ścia.
Może to być rów­nie dobrze zaraza. Wieść o woj­nie, która nie roze­gra się „gdzieś tam na zewnątrz”, tylko zmie­rza w całej swej oka­za­ło­ści ku tej zapo­mnia­nej kra­inie.
Może to być śmierć, zbrod­nia i wystę­pek, które znisz­czą Czer­wony Bród i odbiorą jego miesz­kań­com wszystko, co mają – dom, rodziny, życia…
Nie wia­domo, co taki przy­bysz nie­sie ze sobą. Jest jed­nak spo­sób, by się o tym prze­ko­nać – trzeba go zapy­tać. Tylko jak to zro­bić, gdy ten wytę­sk­niony, wycze­kany, a zara­zem wyklęty czło­wiek, pierw­szy od dokład­nie dwu­na­stu mie­sięcy, który tu zawi­tał – skręca nagle w kie­runku lasu i zamie­rza naj­wy­raź­niej omi­nąć wio­skę? Nie można mu na to pozwo­lić!
Pierw­sze wybie­gły za nim dzieci. Naj­bar­dziej ze wszyst­kich zawie­dzione, że oto mają utra­cić tak rzadką roz­rywkę, jaką jest wpa­try­wa­nie się z otwar­tymi buziami w zupeł­nie obcego czło­wieka, pod­czas gdy będzie on roz­ma­wiał z doro­słymi. Zaraz za dziećmi nie­śmiało wysu­nęły się zza węgłów młod­sze, nie­za­mężne kobiety, dziew­czyny wła­ści­wie, wsty­dli­wie kry­jące oczy za zasło­nami z rzęs. Rzu­cały w jego stronę nie­śmiałe spoj­rze­nia, bez­gło­śnie zakli­na­jąc go, by zawró­cił. Poczęto wołać nie­zna­jo­mego, zapra­szać go, by wstą­pił do wsi, odpo­czął sobie – tu go ugosz­czą, nakar­mią, prze­no­cują. Ran­kiem niech rusza już gdzie chce, teraz jed­nak koniecz­nie musi się u nich zatrzy­mać.
Mło­dzie­niec przy­sta­nął nie­zde­cy­do­wany. Zadzi­wił go ten tłum ludzi, nama­wia­ją­cych go chó­rem, by był ich gościem. Zadzi­wił i był mu nie po myśli. Z początku sam chciał pro­sić tu o gościnę, przed chwilą jed­nak dostrzegł w oddali coś, co kazało mu zbo­czyć ze ścieżki i skie­ro­wać swe kroki w stronę tego fan­ta­stycz­nego lasu, tak uro­czo sczer­nia­łego, przy­po­mi­na­ją­cego labi­rynt, w któ­rym uwię­ziony był Mino­taur. Cie­kawe, czy­imiż to oczyma spo­gląda na niego ta knieja, gdy on spo­gląda w knieję? Jakież to istoty kryją się w cie­niu jej drzew? To pyta­nie nie dawało mu spo­koju.
Nie chciał się jesz­cze przy­znać, nawet przed samym sobą, że to, co zoba­czył przed chwilą, było cie­niutką strużką czy­stej mocy, sunącą leni­wie w stronę Sowiego Boru. Byłoby to zbyt wiel­kim szczę­ściem dla niego. Kolej­nym ele­men­tem w jego mister­nej dro­dze ku sła­wie i byciu pierw­szym, w tym, czym się trud­nił.
Nie każdy może zoba­czyć nitki magii, zwane też ze względu na jasną barwę białą ener­gią albo po pro­stu – mocą. Jest to jedna z rze­czy widzial­nych tylko dla tych, któ­rzy potra­fią patrzeć. A mło­dzie­niec potra­fił.
Teraz jed­nak musiał doko­nać wyboru – albo ruszy śladem mocy, dążąc do jej źródła, albo porzuci ją i uda się z tymi ludźmi do wsi. Z wes­tchnie­niem odwró­cił się do lasu ple­cami. Prze­wa­żyło pra­gnie­nie wygod­nego posła­nia i cie­płej kola­cji. Sława może tro­chę pocze­kać.
„Poza tym – pomy­ślał z żalem. – Nie mogę im prze­cież powie­dzieć, co widzia­łem. Oni by mnie nie zro­zu­mieli. Prę­dzej zabi­liby, bo ja też jestem czę­ścią tam­tego świata.”
Tam­tym świa­tem nazy­wał mło­dzie­niec to wszystko, co obda­rzone było mocą lub cho­ciaż zdol­no­ścią jej postrze­ga­nia. „Zwy­kli” ludzie nie wie­dzieli nic o bia­łej ener­gii, która ukształ­to­wała nie­skoń­cze­nie wiele Dzieci Cha­osu – istot, które żyły wśród nas, były jed­nak zupeł­nie do nas nie­po­dobne. Dano im prawo do odbie­ra­nia życia i two­rze­nia go wedle wła­snego upodo­ba­nia. Z czego korzy­stały nader czę­sto i chęt­nie. „Zwy­kli” ludzie nie rozu­mieli do końca świata, który ich ota­czał ani praw nim rzą­dzą­cych. Nie byli jed­nak ślepi ani głusi, instynk­tow­nie wyczu­wali, że czy­jaś twarz jest tylko maską, że ktoś tylko udaje takiego, jak oni. Prze­cho­wy­wali też skrzęt­nie każdy skra­we­czek wie­dzy, którą udało im się pozy­skać. Mówili o upio­rach i zja­wach, powra­ca­ją­cych zza grobu by sta­rać się speł­niać nie­do­koń­czone zada­nia, powie­rzone im za życia. Znali też wam­piry, bądź też wąpie­rze, obda­rzone nad­ludzką siłą istoty o spe­cy­ficz­nych gustach kuli­nar­nych – musiały żywić się krwią, żeby prze­żyć. Nie­które posłu­gi­wały się kłami, inne spe­cjal­nymi ssaw­kami, umiesz­czo­nymi pod języ­kiem, wszyst­kie jed­nak całą swą ener­gię czer­pały z zada­wa­nia śmierci ludziom. Powszechne były rów­nież opo­wie­ści o wil­ko­ła­kach, bru­ko­ła­kach, bobro­ła­kach i wielu innych „łakach” – zmien­no­kształt­nych, pół-humanoidach, pół-potworach. Ludzie wie­rzyli też świę­cie w ist­nie­nie całej hordy wiedźm, wró­żek, cza­row­nic, cza­ro­dzie­jek – kobiet obda­rzo­nych zdol­no­ściami nie­po­ję­tymi dla czło­wieka. Miały one umieć wpły­wać na świat samą tylko siłą woli lub sło­wem oraz posia­dać roz­le­głą wie­dzę na wszel­kie tematy. Rza­dziej przy­zna­wano, że są też męż­czyźni o podob­nych mocach – czar­no­księż­nicy, cza­row­nicy i nekro­manci, nie­któ­rzy tak potężni, że potra­fili prze­no­sić całe wsie. Nie­kiedy – całe kra­iny. Tyle że na ogół nad prze­no­sze­nie pre­fe­ro­wali spa­la­nie. Moc nie służy prze­cież tylko do zabawy, nawet jeśli alter­na­tywą jest zaprze­da­nie duszy dia­błu.
Poza wymie­nio­nymi, ludzie opo­wia­dali też o wielu innych stwo­rze­niach „nie z tego świata”, o wła­ści­wo­ściach bli­żej nie­okre­ślo­nych albo też bar­dzo zmien­nych, zależ­nie od oko­licy, w któ­rej wystę­po­wały. Miesz­kać miały prak­tycz­nie wszę­dzie – szko­dziły w ludz­kich sie­dzi­bach, stra­szyły po lasach, błą­kały się po mocza­rach, uga­niały po polach za lisami i zają­cami. Demo­no­lo­gia ludowa znała ich wiele – skrzaty, ubo­żęta, cho­bołdy (albo koboldy), gobliny, cho­chliki czy też kra­sno­ludki, były to drobne, czę­sto obda­rzone spe­cy­ficz­nym poczu­ciem humoru poczwarki, z reguły jed­nak dość nie­szko­dliwe, bar­dziej ze względu na brak zdol­no­ści, a nie ochoty, by sta­wać się spraw­cami cudzych nie­szczęść. Pokaźny był pan­teon stwo­rzeń rodzaju żeńskiego. Zali­czały się do nich rusałki, dzi­wo­żony, pół­noc­nice, połu­dnice, mamuny, strzygi, zmory, baby jagi, błęd­nice, lata­wice, babule, topie­lice, brze­gi­nie, dusz­nice i kiki­mory. Wie­rzono też w męskie potwory i demony, takie jak leszy, dobro­cha­czy, dusz­nik, żmij, strzy­goń, lata­wiec, kło­buk, wił czy wod­nik.
A wszystko to było prawdą.

*   *   *
Nazy­wał się Dymitr. Gdy zapadł zmierzch, a rodzina, która udzie­lała mu gościny, kła­dła się już spać, wysu­nął się cicho z izby. Z zain­te­re­so­wa­niem przyj­rzał się wień­cowi czosnku, zawie­szo­nemu przez gospo­dy­nię na noc nad drzwiami. Jego aro­ma­tyczna obec­ność świad­czyła o tym, że miesz­kańcy wio­ski bali się wam­pi­rów.
Świe­cił księ­życ, a on wyru­szył na krótki spa­cer po Siwo­bro­dzie. Tak jak się spo­dzie­wał, wszyst­kie chaty ude­ko­ro­wane były czosn­kiem. Na drzwiach nie­któ­rych wid­niały też wyżło­bione w drew­nie krzyże. Wła­ści­wie te środki ostroż­no­ści były zby­teczne, bo żaden krwio­pijca nie mógł prze­kro­czyć progu cudzej sie­dziby bez uzy­ska­nia na to pozwo­le­nia. Nie­mniej jed­nak – wam­piry rze­czy­wi­ście bały się czosnku, a krzyże i woda świę­cona były dla nich wręcz zabój­cze. Sku­tecz­niej dzia­łał tylko osi­nowy kołek, wbity pro­sto w serce, albo (a naj­le­piej –  oraz) pozba­wie­nie wam­pira głowy, srebr­nym ostrzem, gdyż tylko takie było w sta­nie prze­ciąć skórę nie­umar­łego.
– Zapo­wiada się inte­re­su­jąco – uśmiech­nął się męż­czy­zna, wra­ca­jąc do chaty.

*   *   *

Mała Nawojka nie wie­działa, dla­czego wyszła z domu, opusz­cza­jąc bez­pieczne schro­nie­nie czte­rech ścian. Po pro­stu czuła, że teraz aku­rat powinna zna­leźć się zupeł­nie gdzieś indziej. To „gdzieś indziej” nie­po­ko­jąco koja­rzyło jej się z małym, ale za to gęstym zagaj­ni­kiem na skraju wsi.
„Chodź do mnie” – usły­szała szept cichy jak powiew wia­tru. Tyle że żadnego wia­tru nie było.
„To chyba mama mnie woła” – pomy­ślała dziew­czynka i podrep­tała w kie­runku przy­cza­jo­nej śmierci.

*   *   *

Gdy stara Macie­jowa wyszła nad ranem, żeby wydoić krowę, wrza­snęła i pędem wró­ciła do domu, już od progu woła­jąc męża.
Na jed­nym z drzew z zagaj­nika wisiało, koły­sząc się smęt­nie, ciało dziew­czynki. Z daleka nie widać było twa­rzy, ale po blond war­ko­czach i czer­wo­nej spód­niczce można było poznać, że była to Nawojka, córka Pio­tra Kołodzieja.

*   *   *

Obu­dziły go krzyki prze­ra­że­nia i roz­pa­czy, szlo­chy, tudzież ner­wowa bie­ga­nina tam i z powro­tem. Ubrał się szybko i wyszedł na zewnątrz. Nie był to jeden z tych dni, kiedy świa­tło sło­neczne nie­mal wypala nam źrenice, a wszystko wokół wydaje się być żywsze i barw­niej­sze. Nie, był to jeden z tych mgli­stych, chłod­nych, jesien­nych dni, kiedy świat spo­wi­jają cie­nie, a słońce chowa się za chmu­rami. Mło­dzie­niec wyczy­tał z tego zło­wróżbną oznakę zawi­słego nad wio­ską nie­bez­pie­czeń­stwa.
Od razu skie­ro­wał swe kroki ku zagaj­ni­kowi, gdzie zgro­ma­dził się tłum miesz­kań­ców wio­ski. Męż­czyźni wła­śnie zdjęli z drzewa zakrwa­wione tru­chło i uło­żyli je na tra­wie. Jakaś kobieta, zapewne matka dziew­czynki, lamen­to­wała, ściska­jąc i cału­jąc białe rączki dziecka. Ktoś usi­ło­wał ją odcią­gnąć, ktoś inny pró­bo­wał uspo­ka­jać. Powstało małe zamie­sza­nie, w trak­cie któ­rego Dymitr prze­pchnął się do trupa i uklęk­nąw­szy, przyj­rzał mu się dokład­nie.
Na twa­rzy małej Nawojki zasty­gło zdu­mie­nie, a może zacie­ka­wie­nie, nie było po niej jed­nak widać stra­chu czy też bólu. Jej skóra była nie­na­tu­ral­nie blada, jakby z ciała odpły­nęła cała krew. Oczy­wi­ście, tak wła­śnie było.
Jej biała, dzie­cięca koszulka ską­pana była we krwi, co nie­sa­mo­wi­cie współ­grało z czer­wie­nią jej spód­niczki. Naj­wy­raź­niej dziew­czynka ubrała się przed wyj­ściem z domu, ina­czej mia­łaby na sobie tylko gie­zełko, w któ­rym zwy­kły sypiać dzieci.
„Co suge­ruje – pomy­ślał Dymitr – że opu­ściła schro­nie­nie dobro­wol­nie. Oczy­wi­ście wam­pir nie mógł prze­kro­czyć progu jej domu – mógł ją za to zahip­no­ty­zo­wać. Wystar­czy, że mała nie spała, tylko leżała nasłu­chu­jąc odgło­sów nocy. Wia­domo, że kto szuka, ten znaj­duje. A kto wsłu­chuje się w głosy, zaczyna je sły­szeć…”
Kątem oka dostrzegł, że nad­cho­dzi ksiądz z wodą świę­coną i kru­cy­fik­sem, a także asy­stu­jący mu, zie­lony na twa­rzy chło­pak z narę­czem osi­no­wych koł­ków i młot­kiem w dło­niach. Nie miał ochoty oglą­dać rytu­al­nego pogrzebu, mają­cego zapo­biec powro­towi uśmier­co­nej przez wam­pira dziew­czynki do świata żywych następ­nej nocy, wstał więc z klę­czek i zaczął się znów prze­py­chać przez tłum wie­śnia­ków.
Zaj­rzaw­szy do swo­jej izdebki, wycią­gnął ze swo­jej torby fiolkę z magiczną mik­sturą i pocią­gnął z niej kilka łyków.
– Do wie­czora siła nie­czy­sta może mnie co naj­wy­żej poca­ło­wać – uśmiech­nął się, zakrę­ca­jąc bute­leczkę i cho­wa­jąc ją z powro­tem. Następ­nie wziął cały swój bagaż i nie zatrzy­my­wany przez nikogo ruszył w stronę Sowiego Boru. Popeł­nił wczo­raj błąd i zamie­rzał go napra­wić. Był to winien miesz­kań­com Siwo­brodu. Jako łowca wam­pi­rów, był im winien śmierć tego dziecka. Dług ów zamie­rzał spła­cić w jedyny znany sobie spo­sób – zabi­ja­jąc wam­pira, który pono­sił tu winę.
Na polach zale­gła poranna mgła, nie chcąc się pod­nieść, mimo że nastała już po temu sto­sowna pora. Powie­trze było cięż­kie i wil­gotne, zapo­wia­da­jące nad­cho­dzącą burzę. Gdy tylko wyszedł z Siwo­brodu, zna­lazł się jakby w innym świe­cie. Przez chwilę docie­rały do niego jesz­cze odgłosy z wio­ski, potem jed­nak oto­czyła go głu­cha, niczym nie zmą­cona cisza. Wiel­kimi kro­kami zbli­żał się do lasu, szu­ka­jąc wzro­kiem miej­sca, gdzie wczo­raj umknęła mu strużka mocy. Nie mógł nigdzie wypa­trzyć żadnych jej śladów, nie przej­mo­wał się tym jed­nak zbyt­nio – cokol­wiek kryło się w lesie, na pewno wie­działo o jego obec­no­ści i prę­dzej czy póź­niej miało zna­leźć się samo.
„Pyta­nie tylko – wes­tchnął w duchu – który moment uzna za wła­ściwy, żeby przyjść się przywitać.”

*   *   *

Cztery godziny póź­niej miał dość lasu, który oka­zał się cichy i przy­gnę­bia­jący, cięż­kiego krzyża, który zawie­sił sobie pro­fi­lak­tycz­nie na szyi, wła­snej lek­ko­myśl­no­ści – żeby wyjść z domu bez śnia­da­nia! – i koma­rów, które oka­zały się znacz­nie bar­dziej krwio­żer­cze od wam­pira (lub wam­pi­rów), który się wcale nie poka­zał. To, że był dzień, bynaj­mniej lenia nie uspra­wie­dli­wiało – z tego, co Dymitr wie­dział o wąpier­zach, mogły bez pro­blemu prze­miesz­czać się zarówno za dnia, jak i w nocy, z tym, że wolały tą drugą porę – może dla­tego, że ich zwie­rzyna łowna była wtedy jesz­cze bar­dziej bez­bronna, niż w świe­tle słońca, a może po pro­stu znaj­do­wały mrok znacz­nie bar­dziej roman­tycz­nym. Tak czy ina­czej, słońce nie szko­dziło im za bar­dzo, o ile tylko pamię­tały o tym, by nie prze­by­wać w jego świe­tle za długo oraz nie odsła­niać za wiele ciała. W lesie, wśród drzew, słońca nie było pra­wie wcale, dla­tego Dymi­tra draż­niły bez­owocne poszu­ki­wa­nia.
– Może nie jestem aż tak inte­re­su­jący, żeby faty­go­wać się po mnie oso­bi­ście – mruk­nął ponuro, prze­dzie­ra­jąc się przez gąszcz wyjąt­kowo kol­cza­stych jeżyn. – Może wystar­czy wysłać za mną stadko nie­to­py­rzy, żeby pil­no­wały, czy się aby do sie­dziby krwio­pijcy nie zbli­żam, szkód po lesie nie robię, krzy­żem nie wyma­chuję i nie święcę wszyst­kiego, co się nawi­nie.
„To zresztą cał­kiem nie­zła myśl”- dodał w duchu, się­ga­jąc do swo­jego ekwi­punku. Na pewno w żaden spo­sób nie zaszko­dzi tym wam­pi­rowi, który będzie musiał tylko uwa­żać, żeby nie wdep­nąć w żrącą dla niego kałużę albo nie dotknąć uświę­co­nego drzewka. Ist­nieje jed­nak spora szansa, że go takie uwa­ża­nie wku­rzy i posta­nowi zło­żyć czyn­ni­kowi wku­rza­ją­cemu wizytę. A wtedy czyn­nik wku­rza­jący ukręci mu łepek.
Zapewne snułby swoje sza­tań­skie plany jesz­cze dłu­żej, może nawet zabrałby się do ich reali­za­cji, gdyby nie to, że jed­no­cze­śnie ude­rzyły go trzy rze­czy.
Po pierw­sze, usły­szał dziew­częcy śmiech. Dźwięczny, nie­wy­mu­szony, naprawdę rado­sny śmiech. Taki, jakiego, gdy­by­ście tam z nim byli, mie­li­by­ście ochotę słu­chać już do końca świata. Po dru­gie, zoba­czył ją. Szła ku niemu powoli, nie­śpiesz­nie, leni­wie prze­my­ka­jąc mię­dzy drze­wami. Nad­cho­dziła gdzieś z lewej strony, niby z boku, ale mło­dzie­niec wie­dział teraz z całą pew­no­ścią, że wcze­śniej znaj­do­wała się za jego ple­cami. Wie­dział to, ponie­waż – i tu, uwaga, punkt trzeci – zorien­to­wał się, że to, co od kilku minut mar­szu brał za szmer stru­mie­nia lub coś w tym stylu, było tak naprawdę prze­pły­wem czy­stej mocy, mają­cej swoje źródło wła­śnie gdzieś za nim, z tyłu.
Dziew­czyna była już tak bli­sko, że gdyby się teraz sze­roko uśmiech­nęła, jej przy­na­leż­ność do świata istot żywych lub mar­twych byłaby osta­tecz­nie potwier­dzona. Czego też nie omiesz­kała uczy­nić.
–Piękne kły – mruk­nął Dymitr, nagłym ruchem wyszar­pu­jąc ze swo­jej torby butelkę wody świę­co­nej i ciska­jąc nią w wam­pi­rzycę.
–A dzię­kuję – wyszcze­rzyła się ponow­nie tamta, bez naj­mniej­szego wysiłku chwy­ta­jąc butelkę za szyjkę i odrzu­ca­jąc ją jak naj­da­lej.
Oczy­wi­ście była śliczna. Słodko uśmiech­nięta, o nie­win­nej, nie­mal dzie­cię­cej twa­rzyczce oko­lo­nej kaskadą kasz­ta­no­wych wło­sów. Figurę też miała na wpół tylko doj­rzałą, na wieki zasty­gła w ciele dora­sta­ją­cej dziew­czyny. Wiel­kie, czarne jak węgle oczy, oko­lone gęstymi rzę­sami i cudow­nymi łukami brwi, spra­wiały naj­bar­dziej roz­koszne wra­że­nie. Dziew­czyna wyglą­dała jak anioł. No cóż, anioł ubrany w obci­słą, pod­kre­śla­jącą krą­gło­ści suk­nię.
„Bóg jeden wie, jaka ona jest stara – musiał sobie przy­po­mnieć Dymitr, żeby zmo­bi­li­zo­wać się do walki. – A o tym, jaka jest zła, prze­wrotna i okrutna, miałby pew­nie coś nie­coś do powie­dze­nia sza­tan…”
– Chcia­łam ci powie­dzieć, że jesteś w błę­dzie – mówiła dalej wam­pi­rzyca. – Nie mam żadnych nie­to­py­rzy na posyłki. Cho­ciaż sama lubię od czasu do czasu się w taką istotę prze­mie­nić.
– Aha – odrzekł po chwil, gdyż nic mądrzej­szego nie przy­szło mu do głowy.
– Powiedz mi, chłop­cze – zabi­łeś ty kie­dyś kogoś z nas?
Pyta­nie zadane zostało lek­kim, przy­ja­znym tonem, więc Dymitr od razu zaczął mieć się na bacz­no­ści. Nie żeby wcze­śniej pozwo­lił sobie na bez­tro­skie podzi­wia­nie pięk­nego zja­wi­ska, jakim była wam­pi­rzyca, po pro­stu teraz koniec zbli­żał się wiel­kimi kro­kami. Nie­za­leż­nie od tego, jaki to miał być koniec.
– Zabi­łem – odpo­wie­dział zgod­nie z prawdą. – Mam na sumie­niu dzie­siątki takich, jak ty. I wszy­scy przed śmier­cią byli tak samo aro­ganccy.
– Nie spo­ufa­laj się – prych­nęła wam­pi­rzyca i sko­czyła ku niemu jak dzika kotka.
Nie zdą­żył się zasło­nić kru­cy­fik­sem, choć przy­go­to­wy­wał się na to od dobrej chwili i  bar­dzo się sta­rał zare­ago­wać bły­ska­wicz­nie. Była jed­nak od niego znacz­nie szyb­sza. Dopa­dła go i w mgnie­niu oka zasy­pała gra­dem cio­sów. Na razie nie pró­bo­wała gryźć, ale szybko mogło to ulec zmia­nie. Prze­wró­ciła go na plecy i poto­czyła się z nim po ziemi. Usi­ło­wał ude­rzać ją krzy­żem, ale zręcz­nie uni­kała jego cio­sów. Sama zada­wała je z osza­ła­mia­jącą pre­cy­zją, w prze­ciągu kil­ku­na­stu sekund zmie­nia­jąc go w roze­dr­ganą, jęczącą z bólu i upo­ko­rze­nia masę. Była natu­ral­nie nad­ludzko silna, ale nie tylko. Znacz­nie prze­wyż­szała pod tym wzglę­dem rów­nież wszyst­kie wam­piry, które Dymi­trowi zda­rzyło się do tej pory spo­tkać.
„Już po mnie – pomy­ślał tro­chę ponie­wcza­sie. – Ta suka zaraz mnie wykoń­czy.”
Ale suka nie wykoń­czyła. Prze­stała go bić i odsu­nęła się odro­binę, jakby oce­nia­jąc efekt swo­ich dzia­łań. Naj­wy­raź­niej usa­tys­fak­cjo­no­wana, uśmiech­nęła się do niego nie­przy­jem­nie.
– Teraz – wark­nęła, wsta­jąc zgrab­nie i otrze­pu­jąc sukienkę – skoro już nie żywisz wobec mnie mor­der­czych zamia­rów, zapra­szam do sie­bie na her­batkę. Albo szkla­neczkę cze­goś moc­niej­szego, jeśli wolisz. Czym chata bogata, jak to się mówi wśród plebsu.

*   *   *

- Jestem bez­na­dziejny – stwier­dził Dymitr, pocią­ga­jąc tęgo wódkę pro­sto z butelki. Sie­dział przy­kuty naj­praw­dziw­szymi łańcu­chami do jedy­nego w domu wam­pi­rzycy krze­sła. Wnę­trze było maleń­kie i bar­dzo zagra­cone – zupeł­nie jakby wszystko, co się w nim znaj­do­wało, było tu gro­ma­dzone przez wieki.
„Raczej nie mijam się z prawdą” zauwa­żył męż­czy­zna, wdy­cha­jąc nie­zwy­kle mocną woń wani­lii, pomie­szaną z sil­nym zapa­chem ozonu, cha­rak­te­ry­stycz­nym dla uwol­nio­nej magii.
–Mam cię może zacząć pocie­szać?
Wam­pi­rzyca pół­le­żała na łóżku, od nie­chce­nia pocią­ga­jąc od czasu do czasu z dru­giej butelki. Alko­hol zda­wał się nie mieć na nią żadnego wpływu. W prze­ci­wień­stwie do Dymi­tra pozo­sta­wała zupeł­nie trzeźwa. On nato­miast sko­rzy­stał z oka­zji, żeby się upić po raz ostatni. Nie miało to już żadnego zna­cze­nia.
– Bożesz ty mój, po co mnie tu przy­wlo­kłaś? – mruk­nął, wle­wa­jąc sobie do gar­dła tru­nek. – Dobij od razu, nie męcz tak.
–Rze­czy­wi­ście, strasz­nie się męczysz – roze­śmiała się wam­pi­rzyca, prze­pi­ja­jąc do niego.
– Wszyst­kie kości mi poła­ma­łaś, ty …! – mło­dzie­niec, roz­ża­lony, zdu­sił w sobie potok wyzwisk, jakimi miał ochotę ją obda­rzyć. – Dobrze, że ja się szybko zra­stam, ale boli jak cho­lera!
– Szybko się zra­stasz – prych­nęła tamta, trą­ca­jąc pal­cem jego torbę z ekwi­pun­kiem łowcy wam­pi­rów.- Jesteś zupeł­nie nawa­lony sztuczną mocą, ot co! Ciężko by cię było teraz zabić. Ale wystar­czy pocze­kać kilka godzin… – tu zaśmiała się rado­śnie, ściska­jąc w pal­cach wyjętą z jego torby fiolkę z płynną magią.
– Bar­ba­rzyń­stwo – wes­tchnęła, odcią­ga­jąc kurek i pozwa­la­jąc magii roz­pły­nąć się w powie­trzu.
Dymitr pocią­gnął smęt­nie z butelki.
– Na to cze­kasz? To wspa­niale – wychry­piał. – Nie dam ci tej satys­fak­cji. Wcze­śniej zapiję się na śmierć.
Wam­pi­rzyca roze­śmiała się tylko. Oboje wie­dzieli, że to nie­moż­liwe – wystar­czył jeden łyk mocy, by na wiele dni zwięk­szyć odpor­ność na alko­hol. Pod­sta­wowe efekty pozo­sta­wały bez zmian – począw­szy od odu­rze­nia aż po kaca – ale umrzeć się od pro­cen­tów nie dało. Wygodne? Nie w tej chwili.

*   *   *

Dwie godziny póź­niej Dymitr, kom­plet­nie zalany, zdą­żył opróż­nić trzy butelki (wła­śnie zabie­rał się do czwar­tej) i opo­wie­dzieć wam­pi­rzycy całą histo­rię swo­jego dotych­cza­so­wego życia. Opi­sał dokład­nie, jak został łowcą wam­pi­rów, ile z nich udało mu się ode­słać z powro­tem na wieczny spo­czy­nek i jak bar­dzo były silne. Zasta­na­wiał się na głos nad przy­czyną tego pierw­szego nie­po­wo­dze­nia. Na to wam­pi­rzyca zro­biła mu wykład o wąpier­zach, ich zdol­no­ściach, ogra­ni­cze­niach i upodo­ba­niach. Omó­wiła też dokład­nie wszyst­kich  swo­ich współ­bra­tym­ców, któ­rych znała oso­bi­ście. Miesz­kali oni dalej w głąb Sowiego Boru, ale odwie­dzali ją cza­sem. Ją – i Siwo­bród, oczy­wi­ście.
Mówiła też o tym, dla­czego zawsze tak się stara, żeby ciała jej ofiar znaj­do­wali ludzie.
Nie życzyła sobie towa­rzy­stwa. Ci, któ­rych uśmier­ciła, powró­ci­liby do życia następ­nej nocy. Zapewne nie­zbyt zachwy­ceni, że umarli. I spra­gnieni zemsty. Dla­tego wygod­nie było pod­ty­kać ich ludziom, któ­rzy unie­moż­li­wiali im powrót do świata żywych za pomocą wody świę­co­nej, osi­no­wych koł­ków, sre­bra i czego tam jesz­cze. Czyli rze­czy, któ­rych żaden wąpierz ścier­pieć nie potra­fił. Jak na iro­nię – wam­pir nie mógł zabić wam­pira, chyba że popeł­niłby jed­no­cze­śnie samo­bój­stwo. Albo bar­dzo, bar­dzo uwa­żał.
Opo­wia­da­jąc, cały czas pod­kre­ślała jego igno­ran­cję. Nie mógł nie przy­znać jej racji, gdyż więk­szość z tego, o czym mówiła, było mu dotąd nie­wia­dome.
Na przy­kład spo­sób, w jaki można zostać wam­pi­rem. Dotych­czas znał jeden – poprzez ugry­zie­nie. Była to tylko część prawdy. Rze­czy­wi­ście, nie­za­leż­nie od tego, czy wąpierz wyssał nas do czy­sta, czy tylko zadra­snął, naj­bliż­szej nocy prze­cho­dzi­li­śmy prze­mianę. Była też jed­nak inna moż­li­wość – można się było uro­dzić ze „złą” krwią. Za sprawą klą­twy rzu­co­nej na nie­na­ro­dzone dziecko lub jego rodzi­ców, albo też odzie­dzi­czyć to nie­jako po przod­kach. W Euro­pie wschod­niej i połu­dnio­wej ist­niało wiele wam­pi­rzych rodów. Na ogół dziecko obcią­żone magicz­nym dzie­dzic­twem poja­wiało się co dru­gie lub trze­cie poko­le­nie, ist­niały jed­nak wyjątki od tej reguły. Natu­ral­nie taki wam­pir był pra­wie zawsze ślepą odnogą, z przy­czyn dość oczy­wi­stych nie posia­dał potom­stwa – choć róż­nie z tym bywało. Na ogół jed­nak wam­pi­ryzm był prze­ka­zy­wany dalej przez ludz­kich człon­ków rodu, a same wam­piry „umie­rały” bez­po­tom­nie. Począt­kowo dzieci-wampiry przy­po­mi­nały swo­ich ludz­kich rówie­śni­ków. Jadły nor­mal­nie, nie miały ani kłów, ani ssa­wek, nocą spały, w dzień się bawiły. Wprawne oko potra­fi­łoby jed­nak odróż­nić je od zwy­kłych ludzi. Były zawsze blade, o lekko posi­nia­łej skó­rze wokół oczu – te z kolei miały barwę węgla. Dzieci żywiły wręcz cho­ro­bliwą awer­sję do czosnku, a także wszyst­kiego, co zwią­zane było z reli­gią i kościo­łem. Uni­kały tego jak ognia, choć wzię­cie krzyża do ręki nie wyrzą­dzi­łoby im fizycz­nej krzywdy. Było jed­nak bar­dzo, bar­dzo nie­przy­jemne. Gdy dzieci te zaczy­nały doj­rze­wać, pew­nego dnia po pro­stu stwier­dzały, że przy­jem­nie byłoby napić się tro­chę świe­żej krwi. Gdy zaspo­ko­iły swe pra­gnie­nie, następ­nej nocy umie­rały. A potem wra­cały, osza­lałe z prze­ra­że­nia i bólu towa­rzy­szą­cego prze­mia­nie. Po kilku dniach wszystko się uspo­ka­jało, ale naj­czę­ściej zdą­żały już do tego czasu wyrżnąć wszyst­kich, któ­rzy im się nawi­nęli pod rękę. W pierw­szej kolej­no­ści oczy­wi­ście była to rodzina, względ­nie służba, gdyż wam­piry dzie­dziczne zwią­zane były na ogół z ary­sto­kra­cją.
Nie wie­dział, jak zadać to pyta­nie, w końcu jed­nak się prze­mógł.
Opo­wie­działa mu wszystko. Nale­żała do tego dru­giego „gatunku”, odzie­dzi­czyła wam­pi­ryzm. Po matce, Ilo­nie,  która była księż­niczką z Tran­syl­wa­nii i żoną księ­cia ruskiego, Jaro­sława, pana na Castrum Rubrum. Prze­mianę prze­żyła w wieku sie­dem­na­stu lat. Nie, nie wymor­do­wała całej rodziny. Księżna Ilona zorien­to­wała się, co się święci, kiedy jej córka wró­ciła z póź­nego spa­ceru z krwią roz­ma­zaną na całej twa­rzy. Jako jedyna nie wpa­dła w panikę, co przy­pła­ciła życiem. Zapa­dał już zmierzch, więc czas do prze­miany nale­żało liczyć w minu­tach. Księżna chwy­ciła córkę za rękę i bie­giem wypro­wa­dziła ją z zamku. Zosta­wiła niczego nie rozu­mie­jącą księż­niczkę na skraju lasu, by tam umarła. Ilona nie zdą­żyła jed­nak odda­lić się dosta­tecz­nie, i w jakieś pół godziny póź­niej już nie żyła. Tam­tej nocy zgi­nęło jesz­cze paru chło­pów z pobli­skiej wsi. W ciągu następ­nego tygo­dnia – wieś wylud­niła się cał­ko­wi­cie. A potem wam­pi­rzyca ucie­kła stam­tąd, by nigdy już nie powró­cić.
…Gdzie to było? W Czer­wo­no­gro­dzie, na Rusi Czer­wo­nej. Ruś Czer­wona — to po łaci­nie Roxo­la­nia. Stąd się wzięło twoje imię – Rok­so­lana. To okrutne, gdy nawet wła­sne imię przy­po­mina ci o tym prze­klę­tym miej­scu, gdzie popeł­ni­łaś straszne, krwawe czyny. Ale tak ma być. Grze­chy nie zostaną nam wyba­czone, dopóki nie odpo­ku­tu­jemy za nie. Nawet wów­czas, gdy to nie są nasze grze­chy. Nawet wów­czas, gdy to nie my zade­cy­do­wa­li­śmy o naszym losie. Decy­zje czę­sto pod­jęte są za nas, ale nic to nie zmie­nia. Masz krew na rękach, księż­niczko. Krew swo­jej matki i wielu, wielu innych. Czy nie masz serca, księż­niczko? Ile to już lat cho­dzisz po świe­cie, msz­cząc się za nie­za­daną ci krzywdę? Wypi­łaś morze krwi, księż­niczko, i wciąż jej łakniesz? Zabi­łaś setki ludzi, księż­niczko, i nie zazna­łaś uko­je­nia? Nie ma, nie ma takiego miej­sca na Ziemi, gdzie zna­la­zła­byś spo­kój. Twoje męki wieczne już się zaczęły. Wygnana ze swych wło­ści, odrzu­cona przez wszyst­kich, potę­piona na wieki, masz tylko jedną drogę przed sobą – brnąć dalej w to bagno.

*   *   *

Dymitr nie wie­dział, jak to się stało, że w pew­nym momen­cie zaczął pocie­szać księż­niczkę, mówiąc, że może prze­cież wró­cić do swo­jego ojca, wyja­śnić mu, że nie z wła­snej woli stała się tym, czym się stała i że śmierć jej matki była nie­szczę­śli­wym wypad­kiem.
– Na pewno – pero­ro­wał mło­dzie­niec – wyba­czyłby ci i pozwo­lił znów zamiesz­kać w zamku. Mogła­byś na przy­kład wyko­ny­wać ksią­żęce wyroki śmierci na ska­zań­cach. Jaką im to w końcu robi róż­nicę, czy zginą na szu­bie­nicy, czy z rąk spra­gnio­nej cie­płej krwi księż­niczki? Zawsze są też wojny. Mój Boże, była­byś nie­oce­niona w bitwie! Twój ojciec po pro­stu musi wró­cić cię do łask, jeśli tylko obie­casz, że…
– Wszystko bar­dzo pięk­nie – prze­rwała mu Rok­so­lana z krzy­wym uśmie­chem – tylko że mój ojciec nie żyje od XI wieku.
Łowca wam­pi­rów zmie­szał się. Zupeł­nie zapo­mniał, że wam­pi­rzyca mogła mieć prze­cież dowolną liczbę lat za sobą, żeby to lat – stu­leci! „Słodki Jezu – pomy­ślał — ale to jed­nak straszne – tyle czasu błąka się po świe­cie, nikomu nie­po­trzebna, wszyst­kim wstrętna, odrzu­cona jak chwast, który prze­cież nie mógł zde­cy­do­wać, czy chce być piękną, pach­nącą różą, czy bez­u­ży­tecz­nym ziel­skiem. Tak samo ona nie wybrała tego, kim jest. Czy w ogóle robi coś złego? Stara się prze­żyć, tak samo jak ludzie. My zabi­jamy zwie­rzęta, wam­piry – nas.” Przy­szło mu do głowy głu­pie pyta­nie, czy jest coś, co żywi się z kolei wam­pi­rami, ale odrzu­cił je natych­miast jako bez­sen­sowne i cyniczne. Otrzą­snął się z tych nie­we­so­łych myśli.
– Może i tak powin­naś tam wró­cić – stwier­dził Dymitr. – No, wiesz, na pewno mia­łaś jakieś rodzeń­stwo, krew­nych.…
Księż­niczka pokrę­ciła głową, nadal uśmie­cha­jąc się nie­przy­jem­nie.
– Byłam jedy­naczką. Oczy­wi­ście kiedy moja matka zgi­nęła, a ja zni­kłam, zosta­wia­jąc ojca bez­dziet­nym, zna­lazł sobie nową żonę, która uro­dziła mu wielu synów i córek. Nic mnie jed­nak nie łączy z nimi ani ich potom­nymi, bo ci oczy­wi­ście dawno już leżą w gro­bach. Przez to, czym się sta­łam, należę już tylko do rodu mojej matki. On zaś wygasł dwa­dzie­ścia lat po tym, jak zosta­łam wam­pi­rem. Zanim zdo­by­łam się na odwagę i wyru­szy­łam odszu­kać moich krew­nych.
– Żału­jesz? – spy­tał męż­czy­zna, zanim zdą­żył ugryźć się w język.
– Oczy­wi­ście, że nie – prych­nęła wam­pi­rzyca, nagle roz­wście­czona. – Ja nie mogę żało­wać, nie mogę nic czuć, bo od dawna już nie posia­dam serca, które wybi­ja­łoby rytm mojej krwi pły­ną­cej w żyłach. Jest nie­ru­chome. Ciche. Zimne jak głaz. I ja też taka jestem!
Stała nad nim teraz, pochy­la­jąc się, by ich twa­rze zna­la­zły się na tej samej wyso­ko­ści. Jej czarne oczy poczer­wie­niały nagle, ciska­jąc bły­ska­wice, gdy nie­spo­dzie­wa­nie zamach­nęła się i od nie­chce­nia zdzie­liła go po twa­rzy otwartą dło­nią. Głowa Dymi­tra pod­sko­czyła, a z jego ust wydo­był się okrzyk zasko­cze­nia. Naj­wy­raź­niej kom­plet­nie nie spo­dzie­wał się, że wam­pi­rzyca znów zacznie go bić. Cóż – kobiety są z reguły bar­dzo nie­prze­wi­dy­walne.
– To – powie­działa, kle­piąc go po zaczer­wie­nio­nym  policzku – żebyś sobie nie myślał. Żebyś sobie nie myślał, że mam jakieś uczu­cia. Że roz­ma­wiam z tobą, bo potrze­buję się wyża­lić.
Zmru­żyła swoje piękne, pociem­niałe z gniewu oczy.
– Otóż roz­ma­wiam z tobą tylko dla­tego, że się nudzę. Usi­łuję jakoś zabić czas, cze­ka­jąc, aż twój fiku­śny środek prze­sta­nie dzia­łać i będę cię mogła zabić. Pogwiz­du­jąc sobie wesoło.
–No to miłej zabawy – mruk­nął męż­czy­zna, odwra­ca­jąc się od niej naj­bar­dziej, jak tylko pozwa­lały mu na to łańcu­chy.
–Nie wie­rzę – par­sk­nęła śmie­chem księż­niczka, zata­cza­jąc się z powro­tem na łóżko. — On się obra­ził! Obra­ził się, że go ude­rzy­łam!
–Śmiej się dalej – skwi­to­wał to mło­dzie­niec. – Nie­wiele wię­cej ci pozo­stało. Istoty nie­mo­ralne już tak mają, że prę­dzej czy póź­niej się koń­czą. Wypa­lają. Zło może i być nie­ogra­ni­czone, tak samo jak zbrod­nia, czyli zależ­nie od fan­ta­zji zbrod­nia­rza, ale wszystko ma swój kres. Nawet twoje nie-życie, potwo­rze, kie­dyś się skoń­czy. A wtedy pój­dziesz do pie­kła i przyj­dzie ci za wszystko zapła­cić.
Tymi sło­wami prze­czył sam sobie – wcze­śniej już stwier­dził, że wam­pi­rzyca nie jest winna śmierci, którą nie­sie. Ale był wku­rzony i nic nie mógł pora­dzić na to, co mówił. Rok­so­lana tylko się roze­śmiała.
– Ja już jestem w pie­kle, mój drogi. Ale tak, masz rację, kie­dyś albo zginę, albo po pro­stu świat się skoń­czy. Wtedy stanę przed obli­czem Pana i zostanę potę­piona. To będzie już drugi raz – tu urwała na chwilę, z roz­ma­rzo­nym uśmie­chem przy­pa­tru­jąc się wyra­zowi jego twa­rzy. – I znów masz rację, nie­wąt­pli­wie pójdę do pie­kła. A ty razem ze mną.
Wspo­mi­na­łeś coś o moral­no­ści? Ona nie ist­nieje… Ist­nieją prawa i ci, któ­rzy je łamią, a także ci, któ­rzy ich sądzić będą. O tym, czym jeste­śmy i jak postę­pu­jemy, decy­duje to, czym się rodzimy, a więc Bóg. Pre­de­sty­na­cja. Sły­sza­łeś o Janie Kal­wi­nie? Nie? W takim razie żałuj, bo już oczy­wi­ście nie usły­szysz.
O czym to ja mówi­łam? Ach, tak, prawo boże. Mój drogi, oba­wiam się, że w jego świe­tle daleki jesteś od mode­lo­wego miesz­kańca nieba. Zabi­ja­łeś. Mniej­sza, że nie ludzi, a wam­piry, powie­dziane jest „nie zabi­jaj”, bez wyszcze­gól­nie­nia, kogóż wła­śnie. Taka drobna furtka na wypa­dek, gdyby trzeba było ska­zać na potę­pie­nie Bogu ducha win­nego poczciwca. Na pewno zda­rzyło mu się kie­dyś coś uka­tru­pić, choćby komara czy inne owa­dzie paskudz­two. Wróćmy do two­jego rachunku sumie­nia. Chle­jesz wódkę jak świnia, co, gdyby nie te twoje pro­chy, popro­wa­dzi­łoby cię w obję­cia śmierci. A zatem samo­bójca. Wiesz oczy­wi­ście, że sku­tecz­ność naszych dzia­łań nie ma zna­cze­nia, liczy się sam zamysł? Jest tak oczy­wi­ście tylko w przy­padku tych złych uczyn­ków. Bo sama dobra wola jed­nak nie wystar­cza. Do rze­czy. Opu­ści­łeś swo­ich znie­do­łęż­nia­łych rodzi­ców, gdyż wola­łeś szu­kać przy­gód i sławy po świe­cie. Też nie­ład­nie. No i bez­u­stan­nie wzy­wasz imie­nia Pana nada­remno. Innymi słowy – masz prze­srane. A prze­ro­bi­li­śmy na razie tylko Dzie­sięć Przy­ka­zań. Zaraz weź­miemy się za Jezu­sowe o miło­ści i kościelne – ha, tu dopiero będę miała uży­wa­nie, dam sobie głowę uciąć, że w kościele byłeś ostatni raz na wła­snym chrzcie…
Dymitr wpa­try­wał się w nią ze zdu­mie­niem, pora­żony tym, że wam­pi­rzyca może bez­kar­nie paplać o spra­wach zwią­za­nych ze wszyst­kim, co naj­święt­sze, i żaden grom nie ude­rza w nią z jasnego nieba.
-… a teraz sie­dzisz tu, gdzie sie­dzisz, gawę­dząc sobie z krwio­żer­czą bestią, i pra­cu­jąc na naj­więk­szego kaca, jakiego kie­dy­kol­wiek będziesz miał. Nie­zbyt to moral­nie pozy­tywne, nie uwa­żasz?
– Nie będziesz mi, strzygo głu­pia, kazań o moral­no­ści pra­wiła! – zde­ner­wo­wał się Dymitr, znów wle­wa­jąc w sie­bie wódkę. — Jestem, kurwa, łowcą wam­pi­rów i żądam należ­nego mi sza­cunku!
– A ja jestem, kurwa, księż­niczką! – wrza­snęła wam­pi­rzyca. W jej czar­nych jak węgle oczach poja­wiły się krwi­sto­czer­wone ogniki. Jesz­cze przed chwilą sie­działa roz­parta nie­dbale na łóżku, teraz nagle znowu stała tuż przed Dymi­trem  i pochy­lała się nad nim z wście­kło­ścią wypi­saną na twa­rzy. – I chrza­nię to, czego tam sobie żądasz. Kie­dyś miesz­ka­łam w zamku, ubie­ra­łam się w suk­nie z naj­droż­szych tka­nin, mia­łam służbę na każde zawo­ła­nie! Jada­łam tylko ze srebr­nej zastawy – a teraz nie mogę wziąć sre­bra do ręki, rozu­miesz?
Zaci­snęła palce na krzyżu zawie­szo­nym na jego szyi. Roz­legł się rado­sny odgłos towa­rzy­szący na ogół przy­sma­ża­niu cze­goś i Dymitr wyrwał jej z rąk święty sym­bol. Wam­pi­rzyca pod­su­nęła mu dłoń przed twarz – wid­niał na niej wypa­lony kształt krzyża. Mło­dzie­niec ze zgrozą obser­wo­wał, jak z wolna zaczer­wie­nie­nie bled­nie, ciało odra­sta i przy­biera dawny wygląd. Po chwili nie było już żadnego śladu.
– Gdy­byś przy­trzy­mał go dosta­tecz­nie długo przy mojej skó­rze – szep­nęła mu Rok­so­lana wprost do ucha — odpa­dłaby mi dłoń. Póź­niej cała ręka. A potem mógł­byś wbić mi kołek w serce i cze­kać, aż się cała spalę.
– Oczy ci świecą na czer­wono – zauwa­żył Dymitr wypra­nym z emo­cji gło­sem. – Czy to zna­czy, że jesteś głodna?
Księż­niczka roze­śmiała się nie­przy­jem­nie, opa­da­jąc z powro­tem na łóżko.
– Nie, czło­wieku. To zna­czy, że jestem zła. Poru­szy­łeś moje wraż­liwe ksią­żęce serce, przy­po­mnia­łeś trudne dzie­ciń­stwo. Muszę się wypła­kać, wykrzy­czeć albo zma­sa­kro­wać jakąś wieś. A naj­le­piej wszystko naraz.
–Ty nie masa­kru­jesz żadnych wsi – przy­po­mniał jej łowca wam­pi­rów.
Wam­pi­rzyca cisnęła czymś o ścianę chaty. Cokol­wiek to było (Dymitr zdą­żył dostrzec tylko sza­rawą, roz­mytą smugę), roz­pry­sło się w drobne kawa­łeczki.
– Zawsze mogę zacząć – prych­nęła księż­niczka ze zło­ścią. – To ponoć bar­dzo relak­su­jące.
– …mówisz, że jesteś zła, a dopiero co twier­dzi­łaś, że nie masz żadnych uczuć. Boże, z cie­bie naprawdę jest kom­pletna wariatka.
– Złość to co innego – zapew­niła go wam­pi­rzyca, nie­zmie­szana. – Gniew, nie­na­wiść, pogarda… To jest coś, co istoty o ska­mie­nia­łych ser­cach odczu­wać potra­fią. I to bar­dzo inten­syw­nie, możesz mi wie­rzyć.
Nagle zmie­rzyła go zim­nym, kal­ku­lu­ją­cym spoj­rze­niem. Pode­szła do okna i wyj­rzała przez nie. Gdy się odwró­ciła, na jej twa­rzy wid­niał sze­roki uśmiech zupeł­nego szczę­ścia.
–My tu gadu-gadu, a czas leci nie­ubła­ga­nie… Słońce zaszło. – Oznaj­miła to wła­ści­wie nie­po­trzeb­nie, gdyż męż­czy­zna już od kilku minut wier­cił się nie­spo­koj­nie, obser­wu­jąc, jak w izbie robi się coraz ciem­niej. Pochło­nięta roz­mową wam­pi­rzyca miała prawo tego nie zauwa­żyć, widziała prze­cież po ciemku tak samo dobrze, jak w świe­tle dnia, on jed­nak był tylko czło­wie­kiem.
– A to ozna­cza – księż­niczka, nadal uśmiech­nięta od ucha do ucha, pode­szła do niego wolno– to ozna­cza, że nad­szedł czas zmó­wić ostatni pacierz, bo twoje medy­ka­menty powinny wła­śnie prze­sta­wać dzia­łać.
Nie­spo­dzie­wa­nie roze­śmiała się i zawi­ro­wała w rado­snym piru­ecie.
–Już za chwi­leczkę, już za momen­cik… – zanu­ciła Rok­so­lana, chwy­ta­jąc krze­sło wraz z Dymi­trem i uno­sząc go w dzi­kim tańcu. Cóż, nikt nie mówił, że bra­ko­wało jej sił. W prze­ci­wień­stwie do rozumu, na któ­rego nie­do­sta­tek chyba jed­nak cier­piała.
Posta­wiła krze­sło z powro­tem na ziemi i jed­nym ruchem roze­rwała łańcu­chy, nie kło­po­cząc się dro­bia­zgami takimi jak klucz i kłódka. Zła­pała męż­czy­znę za włosy i wywlo­kła go z chaty na zewnątrz, wyry­wa­jąc mu butelkę, którą prze­chy­lił do góry dnem, usi­łu­jąc wlać w sie­bie całą jej zawar­tość.
Rzu­ciła go na zie­mię i na próbę kop­nęła lekko w bok. Sły­sząc wielce zado­wa­la­jący trzask pęka­ją­cego żebra, nie­mal zapła­kała ze szczę­ścia.
– Ach, muzyka dla moich uszu! – z tymi sło­wami schy­liła się, zła­pała go za koszulę i posta­wiła na nogi.
– Masz się bro­nić – powie­działa, gro­żąc mu pla­cem. – Masz się bro­nić, bo to żadna przy­jem­ność bić leżą­cego.
„A wła­śnie, że się wcale bro­nić nie będę – pomy­ślał Dymitr, krzy­żu­jąc ramiona. – Ot, z czy­stej zło­śli­wo­ści. Niech ma, suka jedna.”
–Co, nie chcesz? – zmru­żyła oczy wam­pi­rzyca. – No to poroz­ma­wiamy ina­czej.
Ude­rzyła go pię­ścią w twarz, aż się zato­czył i upadł. Pode­szła do niego i zła­mała obca­sem kość lewej ręki. Wrza­snął gło­śno, usi­łu­jąc odsu­nąć poza zasięg jej nóg, ale nie pozwo­liła mu na to, przy­trzy­mu­jąc mu stopę na piersi.
– Będziesz wal­czył? – spy­tała, naci­ska­jąc moc­niej. W odpo­wie­dzi męż­czy­zna tylko splu­nął.
–Nie to nie.
Znów posta­wiła go na nogi i kop­nęła pro­sto w kro­cze. Zdu­szony dźwięk, jaki wydał, roz­legł się jed­no­cze­śnie z odgło­sem eks­plo­zji mocy. Na twa­rzy Rok­so­lany poja­wiło się zdzi­wie­nie. Nie rozu­miała, co się stało, kiedy męż­czy­zna upadł na plecy, a z piersi try­snęła mu krew. Pojęła dopiero, gdy wypu­ścił z pal­ców zgnie­cioną kostkę zaklę­cia. Miało ono kolor czarny, a więc – śmierci. Ten idiota trzy­mał je gdzieś w zana­drzu, a teraz z jego pomocą popeł­nił samo­bój­stwo. Co za cham­stwo!
– Ty świnio! Zro­bi­łeś to spe­cjal­nie na złość! – wrza­snęła księż­niczka, opa­da­jąc na kolana przy umie­ra­ją­cym mło­dzieńcu i bijąc go w piersi. – Czy ja nigdy nie mogę mieć ani odro­biny roz­rywki?!
Bez­silna, stu­liła usta w dzie­cinną pod­kówkę i roz­pła­kała się.
Tego się Dymitr nie spo­dzie­wał.
–Prze­stań ryczeć – wark­nął na nią po krót­kiej chwili zasta­no­wie­nia. – Ja tu umie­ram, nie widzisz?! Odro­binę sza­cunku dla zmar­łego, zna­czy pra­wie.
–A figę! – syk­nęła, pod­ry­wa­jąc się nagle i się­ga­jąc ręką ku jego ranie w klatce pier­sio­wej. – Nawet mowy nie ma, żebyś mi tu teraz tak bez­czel­nie zdechł! Umrzesz wtedy, kiedy ci pozwolę, rozu­miesz?
Roze­rwała mu koszulę na pier­siach, odsła­nia­jąc pokaźną dziurę o wypa­lo­nych magią brze­gach. Jed­no­cze­śnie krew lała się z niej stru­mie­niami, jak z rany cię­tej. Cie­ka­wostka.
Ścisnęła brzegi razem i pozwo­liła mocy spły­nąć po swo­ich pal­cach. Znaj­du­jąca się w nich magia zaczęła sca­lać ciało męż­czy­zny na powrót.
–Co ty mi robisz? – zde­ner­wo­wał się Dymitr. – Zostaw, ja już pra­wie umar­łem! Nie zga­dzam się, sły­szysz?
Nie odpo­wie­działa. Ode­rwała ręce od bled­ną­cej szramy na piersi mło­dzieńca. Nie minęło pół minuty, a po śmier­tel­nej ranie nie pozo­stał nawet ślad.
Dymitr zaklął szpet­nie, maca­jąc miej­sce, z któ­rego przed chwilą ucho­dziło z niego życie. Z rosną­cym prze­ra­że­niem obser­wo­wał, jak Rok­so­lana wkłada do ust palce umo­czone w jego krwi i zli­zuje ją sta­ran­nie. Czu­jąc na sobie jego wzrok, rzu­ciła mu kose spoj­rze­nie i w zamy­śle­niu prze­su­nęła dło­nią po jego skroni.
–No dobrze– powie­działa powoli. – To było cał­kiem sprytne. Zasko­czy­łeś mnie, czło­wieku.
Z całej siły ude­rzyła go pię­ścią w brzuch. Męż­czy­zna zakrztu­sił się wła­snym krzy­kiem.
– Powiedzmy, że jeste­śmy kwita – zapro­po­no­wała nie­spo­dzie­wa­nie. Dymitr wyba­łu­szył oczy, nie wie­rząc w to, co usły­szał. Rok­so­lana przy­pa­try­wała mu się z namy­słem.
– Powiedzmy, że zabiję cię teraz szybko i bez­bo­le­śnie. Ale zro­bię coś jesz­cze. Dam ci wolny wybór.
Męż­czy­zna w pierw­szej chwili nie zro­zu­miał. Gdy dotarł do niego sens wypo­wie­dzia­nych przed chwilą słów, onie­miał. Nie mogła ofe­ro­wać mu… tego.
– Nie bądź śmieszna – zde­ner­wo­wał się. – Skończmy z tym już. Zabij mnie.
– Namyśl się jesz­cze. Daję ci wybór, jakiego ja nigdy nie mia­łam – syk­nęła księż­niczka, znów zanu­rza­jąc palce w roz­la­nej na ziemi krwi i obli­zu­jąc je sta­ran­nie. – Czy chcesz mieć życie wieczne?
Otwo­rzył usta, usi­łu­jąc coś powie­dzieć, ale nie był w sta­nie. Nagle dotarła do niego nie­re­al­ność całej tej sceny. Do tego stop­nia, że wybuch­nąłby śmie­chem, gdyby jesz­cze to potra­fił. Sze­roko otwar­tymi oczyma wpa­try­wał się w sie­dzącą tuż przy nim wam­pi­rzycę. W świe­tle księ­życa wyglą­dała  ina­czej, niż za dnia. Jej skóra wyda­wała się być wręcz biała, a oczy lśniły nie­ziem­skim szkar­ła­tem. On sam leżał w kałuży wła­snej krwi, ale czuł się wcale dobrze – no, tu może prze­sa­dził. Nie czuł się dobrze, bolało go pra­wie wszystko, miał też kilka poła­ma­nych kości (baga­telka!), ale jed­nak nie umie­rał. Żył. A za chwilę miał doko­nać wyboru mię­dzy śmier­cią a nie-życiem.
Księż­niczka pokle­pała go po policzku. Gest ten wydał mu się nie­spo­dzie­wa­nie ludzki. Chciał przy­trzy­mać jej drobną dłoń przy swo­jej twa­rzy, ale nie miał siły się poru­szyć.
– Czy chcesz – pytała dalej Rok­so­lana – do końca świata kryć się w cie­niach ludzi i żywić ich krwią? Czy chcesz się nigdy nie zesta­rzeć? Czy chcesz zaprze­dać duszę dia­błu, wyko­nu­jąc co noc jego wyroki?
– Chcę – wykrztu­sił z ogrom­nym wysił­kiem. Z ust popły­nęła mu krew, pla­miąc obfi­cie strzępy koszuli, która kie­dyś była biała. W ciągu ostat­nich paru godzin zmie­niła jed­nak kolor na kar­mi­nowy, zapewne już na stałe. Widząc to, księż­niczka poca­ło­wała go.
Dotyk jej ust był jed­no­cze­śnie deli­katny i dra­pieżny. Spi­jała z jego ust posokę, nie roniąc ani kro­pli. Dymi­trowi zda­wało się, że opada w bez­denną prze­paść, coraz szyb­ciej i szyb­ciej, gubiąc po dro­dze wszystko, co było mu zna­jome. W jed­nej chwili leżał jesz­cze w przy­droż­nym rowie, pół mili drogi od Siwo­brodu, teraz – był już zupeł­nie gdzie indziej, w ciem­nej pustce nie­ogra­ni­czo­nej żadną powierzch­nią. Nie wie­dział, gdzie znaj­duje się góra, a gdzie dół, kie­runki poplą­tały się i niczego nie był już pewien. Prze­stał czuć swoje ciało, choć w dziwny spo­sób dozna­nia spo­wo­do­wane poca­łun­kiem Rok­so­lany nadal trwały. Nie odczu­wał jed­nak żadnego bólu, a prze­cież miał roz­bitą głowę, obo­lałe klej­noty, zła­maną lewą rękę i parę żeber.
„Co za straszna kobieta”- prze­szło mu nagle przez myśl.
Wtem dostrzegł nie­zli­czoną ilość świe­cą­cych punk­ci­ków. Ota­czały go ze wszyst­kich stron – czarne, roz­gwież­dżone niebo było nad nim, pod nim, za jego ple­cami i na wprost niego. Nagle pojął, że chyba dokądś zmie­rza, a w każ­dym razie prze­miesz­cza się mniej wię­cej w pozio­mie – cho­ciaż nie mógł być tego pewien. Sunął gdzieś jed­nak, i to z osza­ła­mia­jącą pręd­ko­ścią, gdyż gwiazdy prze­su­wały się w zawrot­nym tem­pie przed jego oczyma. Teraz były to już nie punkty, a świe­tli­ste smugi, jak roz­sma­ro­wane po nie­bie. Chciał krzy­czeć, prze­ko­nany, że za chwilę roz­pad­nie się na milion kawa­łecz­ków. W dodatku nie­spo­dzie­wa­nie  powró­ciła świa­do­mość ciała, a wraz z nią poja­wiło się zwa­la­jące z nóg uczu­cie, że jest jed­no­cze­śnie spa­lany, zamra­żany, kłuty przez nie­wi­dzialne igły i roz­ry­wany na strzępy. Pędził teraz tak szybko, że nie widział już gwiazd. W ogóle nic wokół sie­bie nie widział, poza roz­trzę­sioną, migo­czącą czer­nią.
Usta księż­niczki zsu­nęły się na jego szyję.
– Nnie, pro­szę… – jęk­nął, zdu­miony fak­tem, że jest w sta­nie mówić.
– Za późno – usły­szał upiorny szept tuż przy uchu. W tej samej chwili wam­pi­rzyca prze­biła jego skórę i zaczęła wysy­sać z niego krew.
– O mamu­siu.… – załkał Dymitr.
– Witaj w pie­kle – wark­nęła księż­niczka z peł­nymi ustami.

*   *   *
Jesz­cze tej samej nocy Rok­so­lana zabrała Dymi­tra na pierw­sze polo­wa­nie. Jako prze­mie­niony z czło­wieka, a nie ska­zany na wam­pi­ryzm od uro­dze­nia, prze­szedł prze­mianę bar­dzo spo­koj­nie. Nie było żadnego rzu­ca­nia się na wszyst­kie strony w poszu­ki­wa­niu cze­goś cie­pło­krwi­stego ( ze wska­za­niem na: czło­wiek) ani zwie­rzę­cych wrza­sków zastę­pu­ją­cych cza­sowo mowę istot cywi­li­zo­wa­nych. Kiedy ock­nął się po swej śmierci, pierw­szą rze­czą, jaką zro­bił, było zła­pa­nie się za głowę (czyn­ność tę miał zresztą powta­rzać w ciągu nad­cho­dzą­cych paru dni nader czę­sto), okrzyk naj­czyst­szego prze­ra­że­nia i próba uciek­nię­cia przed księż­niczką gdzie pieprz rośnie. Oczy­wi­ście nie pozwo­liła mu na to. Zawlo­kła z powro­tem do chatki i dobit­nie wytłu­ma­czyła, że jest star­sza, a więc szyb­sza i sil­niej­sza, może zatem zapo­mnieć o jakich­kol­wiek uciecz­kach czy też sprze­ci­wach. Następ­nie rów­nie dobit­nie oznaj­miła, że pójdą teraz nauczyć się polo­wać, więc lepiej, żeby się sku­pił i dokład­nie wszyst­kiemu przyj­rzał. I tak oto zna­leźli się na skraju wsi, ukryci wśród drzew tego samego zagaj­nika w któ­rym poprzed­niej nocy Rok­so­lana uśmier­ciła małą Nawojkę. Tym razem wam­pi­rzyca przy­wo­łała siłą woli ośmio­let­niego chłopca o zaspa­nym wyra­zie twa­rzy.
–Jezu, ja byłem łowcą wam­pi­rów – zła­pał się Dymitr za głowę. – Polo­wa­łem na nie. A teraz mam się nagle prze­rzu­cić na czer­wone płynne?
–Więk­szość z was tak wła­śnie koń­czy – bez­na­mięt­nie odpo­wie­działa wam­pi­rzyca, nie patrząc na niego. Przy­glą­dała się łako­mym wzro­kiem dziecku . – Każdy łowca tra­fia prę­dzej czy póź­niej na zwie­rzynę, któ­rej nie jest w sta­nie upo­lo­wać. A wtedy zwie­rzyna zapo­luje na niego.
Męż­czy­zna w duchu przy­znał jej rację. Nie­ważne, w co jesz­cze do nie­dawna gorąco pra­gnął wie­rzyć – prawda była taka, że nie ma na tym świe­cie istot nie­po­ko­na­nych, a wszystko ma swój koniec. Doty­czy to rów­nież czło­wieka.
–Nie myśl sobie też, że jesteś jakiś ory­gi­nalny, bo zmie­ni­łam cię, zamiast po pro­stu wyssać do ostat­niej kro­pli i pode­tknąć tam­tym idio­tom, żeby posprzą­tali – kon­ty­nu­owała księż­niczka. – To też bar­dzo czę­sty los takich jak ty. Znaj­du­jemy prze­mie­nia­nie naszych prze­śla­dow­ców dość zabaw­nym. Śmieszne, nie sądzisz? Taka mała zamiana ról. Masz teraz szansę zoba­czyć, jak to jest w skó­rze nie­umar­łego. Nie zmar­nuj jej, bo to cenny poda­ru­nek.
Dymitr wpa­try­wał się z otę­pie­niem w sto­ją­cego spo­koj­nie chłopca. Ten, kom­plet­nie zahip­no­ty­zo­wany, odwza­jem­niał jego bez­myślne spoj­rze­nie.
–Wyglą­da­cie obaj jak idioci – wark­nęła Rok­so­lana, macha­jąc mło­dzień­cowi dło­nią przed twa­rzą. – Masz zamiar się w końcu napić, czy wybra­łeś śmierć z pra­gnie­nia? Jeśli tak, to muszę cię ostrzec – prę­dzej się zesrasz, niż umrzesz w ten spo­sób. Będzie to naprawdę bar­dzo, bar­dzo dłu­gie. I dzie­sięć razy bar­dziej bole­sne.
Dymitr otrzą­snął się z zadumy.
–Słowo się rze­kło – kobyłka u płota. — z wes­tchnie­niem się­gnął po chłopca i zato­pił kły w jego szyi.
–Boże, jakiś ty melo­dra­ma­tyczny – prze­wró­ciła oczyma księżniczka.

*   *   *

Siwo­bród długo opie­rał się duchowi czasu. Nie stra­wiły go pożary, nie zła­mały wojny. Nie ule­gał też roz­wo­jowi cywi­li­za­cji. Wszel­kie wyna­lazki, udo­god­nie­nia i nowinki docie­rały do niego z opóź­nie­niem. Miesz­kańcy nie ucie­kali do miast, nie szu­kali pracy innej niż ta wyko­ny­wana przez ich ojców. Trwało to aż do końca XIX wieku. Wtedy to do wsi przy­je­chał nowy wła­ści­ciel i posta­no­wił zadbać, by „coś z tego jesz­cze było”. Siwo­bród zaczął się roz­wi­jać. Czas nie­uchron­nie odmie­niał jego obli­cze. Oko­lica zalud­niła się, powstało wiele mniej­szych wio­sek, z któ­rych przy­jeż­dżano do Siwo­brodu han­dlo­wać. Osie­dlało się tu coraz to wię­cej ludzi, budo­wano nowe domy w miej­sce sta­rych cha­łup. Powoli, nie­ubła­ga­nie, wieś prze­kształ­cała się w mia­steczko. Wycięto stary zagaj­nik, który bywał świad­kiem wielu nie­zwy­kłych wyda­rzeń i mógłby opo­wie­dzieć nie­jedną mroczną histo­rię. Zabu­do­wano teren aż do Sowiego Boru. Zaczy­nano mówić o wyrę­bie czę­ści lasu, ale miesz­kańcy nie chcieli się zgo­dzić. Bali się, że wów­czas zło ukryte w lesie – w które część z nich wciąż wie­rzyła – przyj­dzie zamiesz­kać wśród ludzi. I sro­dze zemści się za pozba­wie­nie go wygod­nego schro­nie­nia.
Wkrótce tak też się stało, choć ludzie na razie jesz­cze o tym nie wie­dzieli. Nikogo nie zdzi­wiło, że jedną ze sta­rych cha­łup ura­to­wał od znisz­cze­nia i odno­wił jakiś zbzi­ko­wany star­szy męż­czy­zna o dzi­kim, wil­czym spoj­rze­niu. Co naj­wy­żej pod­śmie­wano się z niego, gdy tłu­ma­czył, że wcale nie urzą­dza skan­senu, a zamie­rza tam zamiesz­kać. Zro­bił to zresztą, a wtedy dano mu spo­kój. Nikt też nie widział nic nad­zwy­czaj­nego w tym, że przy jed­nej z ulic wybu­do­wały sobie uro­czy domek dwie prze­piękne, wiecz­nie roz­chi­cho­tane młode kobiety o ogrom­nych, zie­lo­nych oczach, przy­po­mi­na­ją­cych leśne jeziorka. Nikt nie zauwa­żył, że w piw­ni­cach nowo wybu­do­wa­nych, wie­lo­pię­tro­wych domów miesz­kal­nych zalę­gły się nie tylko myszy i bez­domne koty, ale zaro­iło się rów­nież od skrza­tów. Nikt wresz­cie nie zwró­cił uwagi na młode mał­żeń­stwo – wyso­kiego pana o mądrych oczach i szel­mow­skim uśmie­chu oraz śliczną panią o kasz­ta­no­wych wło­sach do pasa i bystrym spoj­rze­niu – któ­rzy wpro­wa­dzili się do mia­steczka pew­nego jesien­nego wie­czora.
To oczy­wi­ście tylko kilka przy­kła­dów. Mia­steczko wchło­nęło w końcu wszyst­kich tajem­ni­czych miesz­kań­ców Sowiego Boru, któ­rzy, prze­wi­du­jąc wła­sną zagładę, woleli dosto­so­wać się do realiów roz­wi­ja­ją­cej się cywi­li­za­cji. Wraz zresztą z tym roz­wo­jem ludzie ślepli i tra­cili wiarę. Nie potra­fi­liby już roz­po­znać strzygi w star­szej pani, sprze­da­ją­cej warzywa na rogu, ani nie zwró­ci­łoby ich uwagi, że pewien ponury jego­mość miesz­ka­jący na ulicy Cichej 14 lubi urzą­dzać sobie tajem­ni­cze spa­cerki ciemną nocką. Zwy­kle następ­nego ranka po jego prze­chadzce ulicz­kami mia­steczka, wyła­wiano z pobli­skiej rze­czułki jakieś zwłoki. Naj­czę­ściej nie­kom­pletne, czę­ściowo zje­dzone przez bli­żej nie­zi­den­ty­fi­ko­wane dra­pieżne zwie­rzę. Mówiono wtedy, że naprawdę trzeba zro­bić porzą­dek z tym lasem, skoro dzi­kie zwie­rzęta pod­cho­dzą nocami do mia­sta i polują na ludzi. Nikomu jed­nak nie przy­szło nigdy do głowy poszu­kać win­nego wśród sił nie­czy­stych. A one nie­po­strze­że­nie prze­nik­nęły do świata ludzi, kry­jąc się już nie w cie­niach drzew, a pośród wyso­kich budyn­ków i gęsto zalud­nio­nych ulic. Nie było tu już jak we wsi, gdzie każdy znał każ­dego. Ano­ni­mowy świat im sprzy­jał. Chyba nie trzeba doda­wać, że dawał też znacz­nie więk­szą swo­bodę przy dobo­rze poży­wie­nia?
Bo w Siwo­bro­dzie nadal ginęły dzieci.

XXI

- A pamię­tasz, jak cię zmie­ni­łam?
– Aha. Naj­pierw mnie tak prze­mie­li­łaś, że każ­dego nor­mal­nego czło­wieka zabi­łoby to z pięć razy, potem ja sam się zabi­łem, ty mnie, wbrew mojej woli, utrzy­ma­łaś przy życiu, póź­niej znowu pra­wie zabi­łaś, a w końcu, znowu wbrew woli, osta­tecz­nie zabi­łaś i wskrze­si­łaś.
Rok­so­lana pode­rwała głowę znad albumu ze zdję­ciami. Wła­śnie wspo­mi­nali sobie dawne czasy, prze­glą­da­jąc stare foto­gra­fie. Rzecz jasna tej czę­ści ich histo­rii, roz­gry­wa­ją­cej się w XVI wieku, nie uwiecz­nił żaden apa­rat, ale jak wspo­mi­namy, to wspo­mi­namy…
– Jak to wbrew woli?! – wrza­snęła dono­śnie, stra­sząc kota. Mru­czek prze­biegł przez pokój, cho­wa­jąc się pod kanapę. Kiedy jego panią ogar­niał taki nastrój, nale­żało zwie­wać. – Czy ja cię do cze­goś zmu­sza­łam? Albo cho­ciaż nama­wia­łam? Ja ci dałam wolny wybór – śmierć czy nie-życie. Mogłeś sobie umrzeć. Nie zro­bi­łeś tego, wola­łeś zostać nie­umar­łym, więc nie zwa­laj teraz winy na mnie!
–Prze­cież ja byłem, cho­lera, pijany – jęk­nął wam­pir, skrę­ca­jąc się pod bez­li­to­snym spoj­rze­niem księż­niczki. Żało­wał, że się w ogóle ode­zwał. Teraz pew­nie cze­kają go, jak zwy­kle, dąsy przez tydzień i zde­chłe szczury zamiast kapci pod łóżkiem.
–Twoja strata – mruk­nęła Rok­so­lana, cału­jąc go nie­spo­dzie­wa­nie. Z wes­tchnie­niem zanu­rzył palce w jej kasz­ta­no­wych wło­sach, przy­cią­ga­jąc ją bli­żej ku sobie.

…A w Siwo­bro­dzie wciąż ginęły dzieci.

Cie­kawe? Podziel się:

    One thought on “III miejsce w konkursie — Opowieści z Siwobrodu

    1. Przy­jem­nie się czy­tało, jed­nak mnie oso­bi­ście boha­te­ro­wie nie­zbyt przy­pa­dli do gustu, myślę, że Mar­cin się sze­rzej wypo­wie na temat tego opo­wia­da­nia, bo wysoko je punktował.

      Ja ze swo­jej strony dodam jesz­cze, że cał­kiem podo­bały mi się realia i ogól­nie świat przed­sta­wiony. Doda­wały opo­wia­da­niu cie­ka­wego klimatu.

    Comments are closed.