Przywieźli ją późnym wieczorem w niedzielę. Jej histeryczny płacz postawił na nogi chyba wszystkich. Dyżurujący strażnik wydarł się na nią, a policjantki, które ją eskortowały, zawtórowały mu. Płacz kobiety wzmógł się. Jeszcze przez chwilę próbowali ją uciszyć słowami, potem w ruch poszły gumy. Siedziałem trzy cele od nich i wyraźnie słyszałem głuche uderzenia. Raz, dwa, trzy… Kobieta nawet nie pisnęła. Ale uciszyła się momentalnie.
Po przyjęciu wprowadzili ją do celi, czwartej z kolei, zaraz obok mojej. Musiała być półprzytomna, profos wprowadził ją do celi razem z policjantką, musieli więc ją podtrzymywać.
- Nachlana – skomentował szeptem chłopak, który ze mną siedział. Odszedł od drzwi i wrócił na deski. Gdy w celi obok trzasnęły drzwi i ciężkie buty klawisz przemierzyły korytarz, a głosy policjantek ucichły na schodach w dół prowadzących do wyjścia z aresztu i ja wróciłem na łoże, które bardziej przypominało taneczny, podwyższony parkiet w wiejskiej tancbudzie, niż cokolwiek na czym można by było zmrużyć oko. Ale było to „łóżko”, niezwykłe, pięcioosobowe. Pięciu rosłych mężczyzn mogło rozłożyć na nim swoje zaszczane, nigdy nie czyszczone materace, pożółkłe poduszki i nigdy nie prane koce i spędzić noc, leżąc jeden obok drugiego. Na szczęście było nas tam tylko dwóch.Ten pierwszy raz przymknęli mnie za pobicie. Miałem osiemnaście lat i byłem pijany.
Nie za bardzo , ale na tyle, żeby hamulce, które zwykle miałem, puściły mi całkowicie. Efektem tego było dwóch porozbijanych facetów. Jeden z nich dostał zasłużenie, a drugi miał pecha , bo stanął w obronie tamtego. I choć w gębę dostał tylko raz, smrodził najwięcej. Był jakimś muzykiem, grał chyba na flecie i twierdził, ze mój cis, po którym wypadł mu ząb, pozbawił go najbliższego koncertu.
Na dołek trafił ze mną kumpel. Całkowicie niewinny. Facet , który dostał ode mnie w michę, ten przypadkowy, zeznał , że obaj groziliśmy mu śmiercią, gdy chciał z pobliskiego baru zadzwonić po gliny. I że w mojej ręce widział nóż. Skurwysyn… Nie było żadnego noża, a mój kumpel jedynie przepraszał go za mnie , prosząc, żeby nie dzwonił po policję, że załatwimy to inaczej. Facet, wtedy w barze, odpuścił. Ale później, szmaciarz, zadzwonił po policję , bo zgarnęli mnie i moich dwóch kolegów jakieś kilkaset metrów dalej, wprost z ulicy. Jednego puścili po wstępnym przesłuchaniu. Drugiego, tego który próbował grajka ułagodzić, po jakiejś godzinie też wpieprzono do klatki, w której siedziałem na komisariacie… Wsadzono go tam za całkowitą niewinność… No cóż… Wiarę zawsze daje się ofierze.
Gość który siedział ze mną w celi nie zapłacił grzywny. Miał ksywę Puła. Wcześniej odsiedział sporo z paragrafu, który i mnie próbowano przyklepać. Pocieszał mnie, że taki wpierdol, który spuściłem tym dwóm, to żaden wpierdol i że dużo mi za to nie zrobią. Co najwyżej grzywna i dozór policyjny… A w najgorszym razie wyrok w zawiasach. Powiedział, że jak wprowadzono na konfrontacje faceta, którego przerobił, w pierwszej chwili pomyślał, że widzi nieboszczyka. Delikwent był napuchnięty, siny i całkowicie niepodobny do człowieka. Jakby co najmniej nie żył już od miesiąca. Dali mu za niego rok. Ale on omal go nie zabił.
Noc, kiedy przywieźli tę kobietę, była drugą z kolei. Żadnej nie spałem prawie w ogóle. Nie dlatego, że nie chciało mi się, czułem zmęczenie i to jeszcze jak, twarde dechy nie pozwalały jednak zmrużyć oka. Moje ciało nawykłe do wygodnych, miękkich łóżek, buntowało się, gdy rozkładałem je na drewnie. Materac , który mi dali, był cienki jak poszewka. Dwa koce złożone razem, były grubsze od niego.
Kobieta ponownie zaczęła płakać po jakichś trzech , czterech godzinach od przyjęcia. Najpierw doszedł nas jej cichy szloch, który powoli zaczął się nasilać, aż w końcu wybuchł kanonadą wielkiej, histerycznej rozpaczy.
- Przetrzeźwiała i zobaczyła kraty – skomentował to mój współwięzień – Pewnie nigdy wcześniej nie była w takim miejscu. Baby zawsze dostają tu histerii.
Jej zawodzenie pobudziło wszystkich (jeśli oczywiście ktoś akurat spał) a na pewno wszystkich niemiłosiernie wkurwiło. Było rozpaczliwe, żałosne, tak bardzo kobiece…. Serce kroiło się, gdy się je słyszało. Pogarszało to jeszcze bardziej i tak zjebany już nastrój każdego z osadzonych.
- Profos! – wydarł się ktoś z głębi korytarza – Profos! Zamknij w końcu tej kurwie mordę! – Zaraz zamknę ją tobie! – odkrzyknął strażnik.
- Choć tu i naskocz mi na kutasa. Apartament 12. Przyjdź to sobie zatańczymy.
Płacz kobiety przeszedł w niemiłosierne wycie. Takie, że aż ciarki przeszły po skórze. W końcu i strażnik chyba nie mógł tego wytrzymać. Usłyszałem jego kroki, podzwanianie kluczy, po chwili drzwi do celi obok otworzyły się. – Przestań już kobieto! – profos wydarł się na nią.
Ale ona nie przestała. W ruch poszła więc guma. Znowu raz, dwa, trzy, mocne, miarowe, wyraźne… Kobieta po tych razach przestała głośno płakać. Wciąż jednak szlochała.
Po chwili już tylko kwiliła… Jednak klawiszowska guma znów wylądowała na niej. Jedno wyraźne, głuche pacnięcie. Jakby ktoś muchę rozjebał na ścianie.
- No i co…? Ulżyło ci skurwysynu?! – krzyknął Puła.
- To morderczyni. Zabiła kobietę – odpowiedział strażnik.
- Twoją matkę?!
- Nie. Jakąś lekarkę.
- No to się chuju od niej odpierdol!
Przez chwilę z niewyraźną miną czekałem na reakcję strażnika. Na zgrzyt zamka, otworzenie celi… Puła patrząc na mnie pokręcił głową.
- Żaden z nich nie wejdzie do celi w pojedynkę, zwłaszcza gdy siedzą w niej faceci.
Są mocni tylko w gębie i do kobiet – powiedział i odwrócił się na drugi bok.
Dopiero po jakimś czasie kwilenie kobiety całkowicie ucichło. W całym areszcie znów zapadł nocny spokój. Cisza zaległa wszystkie cele. Powróciły pytania, możliwe odpowiedzi, wyrzuty sumienia…
- Niepotrzebnie otwierałem mordę. Lać mi się chce. A teraz ten klawisz nie wypuści do kibla żadnego z nas – odezwał się jeszcze z półmroku Puła.
Po chwili wstał z desek i odlał się w kącie.
Krzysztof S. Rutkowski
Rafał Natzke-Kruszyński
/ 11/11/2009Świetne!