Budzić się w piątek to rzecz niełatwa. Już zaczynają się wyrzuty sumienia za zmarnowane szanse ostatniego tygodnia, a jeszcze nie pora na ostateczne pogodzenie się z faktami i ze stratą czasu. Odwleka się zarazem wielką mobilizację – myśląc, że jeszcze nie czas – a czas nieubłaganie przelewa się w niedzielną płytką kałużę.
Golenie i owsianka – to narkotyki optymizmu. W przypływie energii i dobrej woli planujesz przyszłość niczym gotycką katedrę – precyzyjnie, strzeliście i monumentalnie. Aż do ostatniego pociągnięcia maszynką po niewidocznej szczecince.
Tak, zawsze można znaleźć jakąś okazję, by zaplanować wielkie zaczynanie od nowa.
***
Ten piątek dopadł go na dobre rześkim, mroźnym powietrzem, powytrząsał bezceremonialnie – choć dobrodusznie – w brzuchu autobusu i wypluł w samo Centrum. Centrum też ma swoją metafizykę, lecz ulotną i całkowicie zależną od celu oraz od usprawiedliwienia. Tym razem – było tylko tłem i medium. Istniało o tyle, o ile było trzeba, żeby dojść do Budynku.
Budynek właśnie zaczynał brać rozpęd, żyć i pulsować we Właściwym Rytmie. W rytmie pogwizdywań czajników, sapnięć pary w imbrykach, pobrzękiwań kolejnych szklanek porannej kawy. Na razie.
Tu i ówdzie zapalały się papierosy i przebywały następnie skomplikowane trajektorie w przestrzeni, ściskane między palcami, muskane wargami, lub wysysane łapczywie, wędrujące po schodach i korytarzach, dogorywające w popielniczkach, koszach, na parapetach, za oknami, syczące krótko w muszlach klozetowych, zagniatane wstydliwie w kącie na podłodze… Ta chaotyczna z pozoru redystrybucja miała swą wewnętrzną logikę i regularność, swoje bessy i hossy, powtórzenia i precedensy.
W windzie nawiedziła go wizja tytonicznegodemona Laplace’a, który wie wszystko o każdym papierosie i dlatego właśnie z budzącą respekt niezachwianą pewnością zna cały Tajny System Działania – sens i istotę Budynku.
„Nie zapalić dziś ani jednego?”. To byłaby metoda na przechytrzenie absolutu. Mimo woli uniósł głowę w górę…. Winda przystanęła wyczekująco….
Manewry powitalne. Wymagają one sprawnej intuicyjnej orientacji i umiejętności podejmowania błyskawicznej decyzji, opartej na zintegrowanej ocenie odległości i dynamiki układu witających się, struktury przestrzennej pomieszczenia, płci i wieku oraz hierarchii partnerów, nastroju, ubioru, a także setek innych czynników – tyleż istotnych co niedookreślonych. Zadziwiające jest jak sprawnie przebiega ten skomplikowany proces, jak trafne – a zarazem banalne – zdają się być jego najsubtelniejsze niuanse, jak oswojony osiada on nalotem rytuału na wieszakach, grzałkach, czajnikach i szklankach. Ten nalot jest prawie materialny. Wyczuwalny zmysłami, jak coś co można zdmuchnąć, lub zetrzeć delikatną szmatką.
Idąc korytarzem czuł instynktownie ową subtelną, pulsującą strukturę wzajemnych napotkań, wstępnych rzutów oka, zetknięć dłoni, pomruków, okrzyków, powitalnych półkroków, dygów i ukłonów. Oderwał wzrok od podłogi, gdzie urzekająco i zniewalająco panoszył się ten poranny kontredans – ale tam, wysoko pod sufitem, nie znalazł oczekiwanej domeny wolności.
Gdyby bowiem przesuwać się wolno i uważnie wzdłuż wąskiego gzymsu pod sufitem, to z konieczności – dość bezlitosnej zresztą – musiałoby się zrekonstruować rzut poziomy całego piętra. Żadnej swobody, ani dowolności! Może byłby on nieco niepotrzebnie skomplikowany meandrami wnęk oraz wypustek ścian nośnych, drobnymi ubytkami i przypadkowymi nieregularnościami tworzywa, a w końcu zwichrowaniami – skutkami niedbalstwa jakiegoś tam wykonawcy. Niechlujstwo! Ale tylko niechlujstwo – żadnej alternatywy, żadnego wyłamania się – ani na lekarstwo.
A przecież zarazem zupełnie inny wykres daje układ listew podłogowych, załamania u skraju framug, na zakrętach korytarza, wokół filarów i na moment przed przepaścią klatki schodowej. Ściany uśredniają tę zasadniczą – i nieuzgadnialną można by pomyśleć – opozycję i łączą przeciwieństwa w nieuchwytny teoretycznie, a jakże oczywisty praktycznie sposób. Schody – czeluść oswojona poręczami – a gdy się patrzy w przerwie pomiędzy ich solidnymi pochylniami, to nagle, kilka pięter niżej, przesuwa się ktoś w polu widzenia – ktoś nieświadom obserwacji, nieświadom, że z góry ktoś panuje przez to mgnienie oka nad jego losem, wymierza kroki, ocenia rytm i płynność marszu…
Na szczycie schodów nie wypadało stać ani chwili dłużej.
Ale to przecież jeszcze wcale nie koniec komplikacji. Chłodne zainteresowanie wzbudziła w nim wystająca bruzda byle jak zeszytych dwu kawałków chodnika. W jej przecięciu się ze wzorkiem klepek podłogi ujrzał najwyższy wyrok Nieubłaganej Bogini Przypadku. Przestawił nieco stopy i skręcił je w bok zmieniając pierwotną harmonię. Wpatrywał się w efekt tej operacji nasłuchując wewnętrznego głosu, który mu powinien podpowiedzieć, że jest w zgodzie z Kryterium. Niestety jak zwykle tuż przed ostatecznym objawieniem natchnienie prysło, rozproszyło się, zwiędło i osypało – bez efektu, bez olśnienia.
Można jednak zawrócić i spróbować od początku – lewa najpierw, potem prawa i delikatnie przesuwać….? A może jednak lepiej nie?
W każdym razie dalsze stanie przed drzwiami pokoju nie miało żadnego sensu. Dotknął ostrożnie klamki i z wiecznym zdziwieniem poczuł ruch drzwi gdzieś w bok i w przód – w pobliską przyszłość.
***
Wpół drogi do biurka piątek zadeklarował mu i ujawnił swe dzisiejsze motto. Wpatrzony przez nieskończenie krótki moment osłupienia w róg biurka, który natychmiast zaczął się rozrastać i wypełniać cały obraz, zidentyfikował i zakwalifikował nastrój piątku: mistyka punktu widzenia i mikroskali, hipertrofia wyizolowanego konkretu, utrata władzy nad rozbuchaną i wyuzdaną geometrią i zanarchizowaną przestrzenią.
Odłożywszy słuchawkę przyjrzał się przelotnie – tylko dla sprawdzenia poprzedniego rozpoznania – swoim paznokciom. Rzeczywiście, były dziwnie wyraźne, osobne, indywidualne – prawie obce. Odnalazł mgliste wspomnienie podobnego i nieprzyjemnego zarazem uczucia. Sam stan przypominania sobie tego uczucia był przykry. Spróbował kilkakrotnie, jakby polizując paskudny metaliczny smaczek, plugawy – choć nie do zdefiniowania, wstrętny – choć nie nachalny, raczej ćmiący, mdlący, biernie uwierający i wszechobecny, zapowiadający może jakiś odrażający, gwałtowny nawrót, utajony zatem póki co, lecz gotów w każdej niespodziewanej chwili do rozdęcia i rozlania.
Coś niewątpliwie czekało na swój moment i budziło to niepokój, a zarazem lekkie podniecenie.
Od jakiejś chwili delektował się tą próbką i smakowaniem nastroju odwlekając decyzję, by jednoznacznie określić swą obawę i oczekiwanie. Odkładał ten moment jak ostatni kęs i łyk, który zawsze kończy trwanie wspaniałego, bezmyślnego dalszego ciągu. Bierne oczekiwanie jest bowiem czasami lepszym – komfortowym wyjściem i całkiem zadowalającym kompromisem z samym sobą. Konieczność wyboru jest natomiast chłodna, płaska, odstręczająca, zniechęcająca i uwłaczająca niektórej chwili. Warto niekiedy ulec i przedłużyć to rozdarcie i konflikt przed dokonaniem wyboru, który da się przecież chwilowo zamrozić, aby następnie można było by degustować go delikatnie, umiejętnie, powolutku i nieniszcząco – pod ulotną kontrolą i w chwiejnej równowadze.
Na przykład – chcesz unieść rękę i obserwujesz obiektywnie i neutralnie, wręcz z boku, jak to się stanie. Interesujesz się, życzliwie tym, jak to będzie, kiedy ręka właśnie zacznie się podnosić, kiedy nastąpi to pierwsze drgnięcie, pierwszy inicjujący impuls, ten galwanizujący sygnał: No! No! A ręka się nie podnosi i drwi z ciebie swym bezwładem, bo przecież w gruncie rzeczy nią po prostu nie poruszyłeś, więc musisz przestać być jednak tak już zupełnie neutralny i biernie życzliwy i mocujesz się z tym, bo wiesz, że moment tej twojej decyzji to będzie zarazem ten moment, który chciałeś przyłapać i parzysz się sam na swoim gorącym uczynku i tyle i już…
***
Odkładając słuchawkę kolejny raz skonstatował, że telefon odebrał machinalnie. Kolejna stracona okazja, żeby zanalizować, jak ta machinalność właściwie się dokonuje, jak się wszczyna i jak czeźnie. Ale uderzyła go myśl, że machinalność nijak nie kojarzy się z nastrojem i atmosferą mikroskali. Raczej z dystansem i metafizyką oglądu kosmicznego.
Coś tu się więc nie zgadzało!
Dla porządku sprawdził pobieżnie okoliczne prawa fizyki: palec przyciśnięty do stołu przesuwał się po nim z pewnym trudem i widocznym oporem; łyżeczka lekko się kołysała, ułożona delikatnie na brzegu szklanki; w kącie koło kaloryfera zarejestrował na wyciągniętych, otwartych dłoniach lekki ucisk ciepła. Spróbował podskoczyć i – opadł sprężyście na palce.
Na pozór – bez zmian.
Świat był dziś jednak krnąbrny bardziej niż zazwyczaj. Tu trzeba było bez wątpienia sprytnego podstępu. Dla odwrócenia uwagi zastanowił się więc przez chwilę, co mogłoby go na przykład dzisiaj zdenerwować. Był to znakomity, sprawdzony rytualny wręcz element taktyki rozpoznania porządku dnia.
Kolejne sztuczki – na przykład gwałtownie przysiąść, wyrzucić w bok rozcapierzone ręce, wykrzywić się aż do bólu i w myśli przeraźliwie i odrażająco długo wrzeszczeć, krzywiąc się coraz wstrętniej i skacząc w półprzysiadzie pokraczną żabką po pokoju. To nie wszystko – jeszcze robić te wszystkie łamańce i jeszcze gorsze rzeczy i myśleć, specjalnie intensywnie myśleć, o tych ludziach za ścianami, na korytarzach i w pokojach, o tych przerażonych i zniesmaczonych ludziach – gdyby nagle zobaczyli go w tym stanie. I jeszcze w całej tej plugawej euforii wydziczać się coraz bardziej, szalejąc z rozkosznej satysfakcji, że można tu za przychylną zasłoną ściany być czas jakiś tak osobnie, osobiście i osobliwie.
Dziś wszystko na nic. A zatem do powoli krystalizującej się obawy doszedł nowy element – poczucie Zasadniczej Odmiany. Pozostało tylko oczekiwanie.
***
Już trzeci kwadrans potwierdził jego przekonanie, że walka z agresywną rzeczywistością będzie dziś trudniejsza niż zwykle. Niepokój zdawałoby się od dawna już oswojony, wyślizgnął się spod kontroli. Czuł jego powolną, lecz nieprzerwaną wędrówkę wzdłuż kręgosłupa. Wędrówkę mroźnej i wrzącej zarazem igiełki, która znaczy ścieg raz drobniutki, drobniusieńki, nadziubdziany jak maleńkie paciorki, a raz żga i dziabie, jak rzymski włócznik – raz po razie, z przerwami długowatymi, przewlekanymi, których długość podnosi cierpienie opóźnianego ukłucia… Rytm tych ściegów wzbudzał rezonans w każdym włóknie jego ciała, ale najbardziej w brzuchu, tak jakby ten kałdun, workowaty, nieelastyczny, błoniasty i bąblowaty był rzeczywiście najlepszą membraną, phi!
„Wstrętne, zdradliwe bebechy, żadnego zaufania mieć nie można, żadnej pewności, psiakrew, zawsze cios w plecy! W plecy? Dlaczego w plecy, skoro brzuch?….
Gdy po godzinie subtelne rozdygotanie obejmowało już stałym, drobniutkim rytmem cały żołądek, przeponę i przenosiło się chwilowymi spazemkami na ręce, sięgało skutecznie i trwale gardła i szczęk – sytuacja przestała być banalna.
Od dawna nie miał zaufania, po prostu nie wierzył już przeciwległemu kątowi pokoju. Poczuł, że czas się wreszcie zmobilizować i wyjątkowo energicznie podjąć wyzwanie. Ostatnia chwila wahania i – spojrzał tam ostro, w zamyśle władczo, choć w napięciu, cały sprężony do walki i oporu.
Ale po tej właśnie zgubnej – bo odprężającej – chwili rozluźnienia wiedział, że to nie tak. Tkwiło tam coś, jakby zalążkowe pajęcze włókno, zarodek, ośrodek stężenia, jakiś taki szklisty, zestalony punkt konsolidacji. Panika gwałtownie zjeżyła mu włosy. Jeszcze raz udało mu się stłumić ją na chwilę, lecz za niewyczuwalny moment wiedział już, że się jej poddaje. Spojrzał znowu, tym razem już ulegle i prawie błagalnie. Wzdłuż delikatnej smugi przybrudzenia najwyraźniej i nieodwołalnie pełzło skamienienie, rozłaziło się i rozszerzało dygocąc pajęczymi wypustkami w jego kierunku.
„To nonsens, to nonsens… ” – usłyszał swój mamrotliwy szept. O potworny paradoksie – oto po raz pierwszy widział z boku coś, co robił bez swego udziału, coś co się robiło z nim, albo może coś, co go robiło czymś, lub kimś – ale za późno i nie w porę i nie tak….
Zahamować i opanować ekspansję! Tak, koniecznie tak! Wbił wzrok w ów punkt inicjacji i rozpaczliwie szukał w sobie tej mocy kreacji i tej władzy, którą skądś pamiętał, z przedwczoraj może, albo i z kiedy indziej, ale na pewno, na pewno pamiętał…. Ale nie przypomniał sobie ani kiedy, ani jak właściwie tę moc osiągał. Właśnie – kiedy to było i przy jakiej okazji?! Przez chwilę walczył ze zdradliwym, lęgnącym się gdzieś ze środka przeświadczeniem, że to uczucie decydowania i władzy jest fałszywe, puste, nie ma w nim nic poza samym odczuciem, jałowym, mdłym cieniem, oszustwem megalomańskiej wyobraźni. To przecież niemożliwe, żeby sam siebie tak oszukał!
A może to tak, jak z lataniem we śnie: nagle – naturalnie i w oczywisty sposób robisz gest, wykrok, jakiś skłon, czy coś tam jeszcze – i tak jakoś podrywasz się w środku, i wzbijasz, i lecisz, a potem nagle tracisz tę władzę latania, i kurczowo podtrzymujesz jej resztki, i opadasz, i opanowuje cię straszliwy lęk wysokości, wnętrzności podciągają ci się prawie do gardła, a tu spadasz nieuchronnie jak kartofel, i w ostatniej chwili przed rozwaleniem się o ziemię budzisz się bez oddechu, ze zduszonym spazmem w gardle…
Nie wytrzymał. Wzrok ześliznął mu się bezwładnie gdzieś w bok, i w górę, i w skos.
Kamienność, skrzepłość i zastygłość pełzła tymczasem, pęczniała miotając amebowatymi wypustkami coraz szybciej i gęściej, sięgając już drzwi i ramy okiennej. Poczuł, że się dusi. Rzucił rozcapierzoną dłonią do karku, do kołnierzyka, szarpnął brodę w górę i w bok, i raz i jeszcze…
„Zaraz, zaraz…. to zupełnie…. no nie, to zupełnie…. ” – powtarzał usiłując uwierzyć, że referuje sobie właśnie w ten sposób syntetyczny opis i charakterystykę całej sytuacji oraz – co oczywiste – najskuteczniejsze teorie i sposoby obrony.
„… no przecież ….., to nie ….. ”
Kiwał parę razy głową, pozornie skupiony, z półprzymkniętymi oczami, jakby dla potwierdzenia i upewnienia się, że nie, no skądże – absolutnie nie. Ale nie musiał już nawet patrzeć i widzieć, żeby czuć i wiedzieć, że gangrena skamienienia rozrasta się lawinowo i łańcuchowo, bezszelestnie, definitywnie, nieubłaganie i ostatecznie.
Telefon!
Tak, telefon byłby wspaniałym ostatnim ratunkiem. Otwarł szeroko oczy i oderwał dłoń od kołnierzyka. Szarpnął dłonią w przestrzeń – w przód i w dal. Zobaczył, jak posłuszna przez jedyną jeszcze chwilę jego dłoń leci już sama z siebie w całkiem dobrą stronę, zatacza łuk i spada tam, gdzie powinien być cel… Tylko że biały aparat wydawał się maleć i niknąć, rozpływał się i tonął w gigantycznie rozdętych przestrzeniach i odmętach biurka. Patrzył z rozpaczą, jak kurczowo wyciągnięta ręka opada tuż, tuż obok słuchawki. Tuż obok, ale o mile, wiorsty, setki kilometrów i całe lata świetlne. Palec drgnął i trącił denko, wieczko, kabel może się poruszył, może słuchawka drgnęła nieco, może się przesunęła, uchyliła się z widełek o włos – tyle ile trzeba, bo niewiele przecież trzeba, i jakby taki komarzy, cichutki rozległ się sygnał, sygnalik, brzęczyk, dźwięczek, przydźwięczek malutki, upragniony. I tylko jeszcze wykręcić, ba wykręcić, jak i co wykręcić…
„… ręcić….., ęcić….., bręcić……….,rcić, rcić,rcić…., cić,cić,….. ” – rzęził prawie wesolutko, jakoś tak niefrasobliwie. No właśnie. Więc przecież się już nie wydostanie. To już koniec. Koniec.
Poczuł teraz nagły, głuchy ból i równie nagłą, idiotyczną potrzebę ujrzenia całego swojego życia.
„Przecież tak to się dzieje….., to się tak dzieje…. ” – chrypiał. W głowie miał już pustkę i nie zobaczył niczego, poza pustką. A ta pustka była spęczniała, ale taka niesolidna jakaś – porowata, roztęchła, sparciała właściwie. Taka niechlujna pustka, drugiego gatunku. W brzuchu zaś miał solidny, chłodny ucisk, ucisk masywny i konkretny – co go trochę pocieszyło.
„Aha – pomyślał – sięga i do środka! No, no !” – i nagle sflaczały i już właściwie zrezygnowany skonstatował z niepomiernym zdziwieniem, że czuje jeszcze tylko masochistyczną ciekawość: jak to właściwie w końcu jest?
Nagle, gdzieś w zakamarkach świadomości pojawiło się ognisko buntu i desperacji. Jeszcze tylko drobny wysiłek, a uda się je rozdmuchać, rozniecić rozpłomienić, kopnąć krzesło, skoczyć, rozbić okno, wrzeszczeć i uciekać…. Impuls zamarł jednak nagle jakby zduszony przez samo jego uświadomienie. Powróciła ta sama bolesna ciekawość i coś, jakby uczucie ironicznego politowania dla siebie samego, który okazał się zbyt nieudolnym wspólnikiem. I jeszcze jeden nawrót ochoty i mobilizacji – płomyczek nadziei i szansy – i sssssszszszszyyyyt – i zgasł, i nic.
Te nawroty – to przecież agonia. Tak się umiera… ” – zdążył jeszcze pomyśleć z satysfakcją i szacunkiem dla swej nagłej zdolności pojmowania, lecz i z niepomiernym zdziwieniem – bo to niby przecież jakim cudem jemu akurat to się zdarza – i zastygł, w pół ruchu ciałem, w pół uniesienia z krzesła, nachylony nieco nad blatem biurka, z wytrzeszczonymi z wysiłku oczami, z ustami półotwartymi w grymasie bez wyrazu.
***
Po chwili, wskroś drgającej materii piątku, sunęła już bezszelestnie masywna, szklisto – mętna kostka pokoju, wraz z uwięzionym w nim manekinem. Obok – jeżeli oczywiście czas ma grubość i szerokość – tkwiły zręby, w które ten moduł wpasował się był niezwłocznie, gładko, szczelnie i harmonijnie. Całość natychmiast się zrosła i przybrała konsystencję monolitu, tym solidniejszego i tym pewniejszego dzięki przybyłemu nowemu przydatkowi.
Dało się zauważyć wprawdzie lekkie skrzypnięcie, coś jakby drgnięcie, trzask nagniecionej nogą podłogi, zaledwie stęknięcie krzepnącego wypełnienia – znak, że podstawowe dźwigary i wiązadła wkrótce puszczą, rozejdą się i rozprzęgną i wyłoni się z nich jak z kokonu Nowy, Masywny i Uporządkowany, Błyszczący i Elegancki Fragment Uniwersum.
Wojciech Garstka