Świeca dogorywała. Dygoczący płomień próbował rozpaczliwie wydostać się z jej bezlitośnie woskowych ramion. Ona zaś pokornie pozwalała mu się unicestwiać. Ginęli razem nawzajem się zabijając.
Świeca dobrnąwszy w milczącej rozpaczy do kresu swej agonii oddała się niebytowi dopiero przed chwilą, a przecież Jej życie zgasło już dawno, jeszcze poprzedniego wieczoru. Od chwili śmierci leżała wciąż w tym samym miejscu, na pościeli zmiętej w miłosnych splotach, pachnącej potem, spermą i czymś jeszcze, nieokreślonym.
Ona, tak bliska i znajoma, pachniała teraz czymś obcym: martwotą ciała, brakiem życia. Zastygła w pomnik najwyższej rozkoszy, tyle, że już schłodzonej i zakrzepłej, wywabionej na zewnątrz niczym zdjęcie z kliszy. Tętniące ciepłem życie wyfrunęło z Niej nie posiadając się z radości z tak nagłego i niespodziewanego uwolnienia. On, który to zrobił, również znajdował się w pokoju. Nagi jak Ona od wielu godzin siedział nieruchomo w fotelu wyławiając z mroku kształty ukochanego ciała.
Dym gęstniał opłakując zwłoki świecy. On siedział ogłuszony w ciemności kulącej się tchórzliwie przed śmiercionośnymi pocałunkami poranka. Uderzyło Go nie to, co zrobił, bo do tej myśli przywykł już dawno. Tak wiele o tym rozmawiali, że odebranie Jej życia stało się niemal koniecznym i nieodzownym aktem miłości, spełnieniem pragnienia kobiety, którą kochał. To nie była zbrodnia, tylko otwarcie bramy, usunięcie z drogi przeszkody. Przeszkody zwanej życiem.
Był ogłuszony tą hermetyczną, przytłaczającą ciszą, w której jak dudniący dźwięk dzwonu rytmicznie odzywał się Jego oddech. Przeraziła Go samotność tego oddechu, bo nagle zrozumiał, że jest jedynym człowiekiem na swojej planecie. Biedny, przestraszony Mały Książę…
Do wczoraj trwał w jakimś niepojętym narkotycznym upojeniu. Ona zastępowała wszystko: Jej słowa były winem, Jej dotyk – opium, Jej obecność zacierała mu kontury świata, który był zaledwie tłem dla ich miłości. Tańczyli w bałwochwalczym tańcu łącząc się w jedno jak woda. Teraz jednak to wszystko nagle się zatrzymało, pękło, rozprysło jak szklany klosz, w którym oboje hodowali siebie nawzajem. Czuł, że te wszystkie szklane odłamki wbiły mu się pod skórę i pełzną powoli w kierunku mózgu, aby rozsadzić go od środka. Pamięć wskrzesiła wspomnienia, ale one nie ogrzewały go już jak dawniej. Teraz parzyły pulsując w rozgorączkowanej głowie tak silnie, że chciał się ich pozbyć. Chciał pozbyć się tego tępego bólu, tej sączącej się jak krew tęsknoty, a najbardziej tego cuchnącego egoizmem strachu, który prawie zgasił jego decyzję, otrzeźwił entuzjazm.
W nagłym porywie zapalił kolejną świecę jakby chciał Ją obudzić ze snu. Aureola światła drżącymi palcami zaczęła głaskać Jej twarz. Odruchowo spojrzał w tamtą stronę jakby chcąc się upewnić, ze otworzyła oczy obudzona swym ulubionym przyćmionym blaskiem i delikatnym ciepłem płomienia. Podbiegł do okna i zasłonił je. Mrok znów zwyciężył dusząc wylęgły dopiero świt. Uprzytomnił sobie nagle, że robi wszystko to, co Ona kochała, jakby wcale nie zgasła, nie przeminęła… Jakby tylko spała, a On czekał, aż się obudzi, aby móc znowu spojrzeć w te Jej ogromne, kosmiczne źrenice.
Miała dość niezwykłą naturę, ale Jego najbardziej zachwycały właśnie te dziwactwa. Kiedy kochali się w nocy, lubiła robić to przy wielu zapalonych świecach i odsłoniętych zasłonach. Noc była zawsze “tą trzecią”, milczącą obserwatorką ich pieszczot, której nigdy nie mogło zabraknąć. Świece-świadkowie dopełniali rytuału. Za dnia Ona zasuwała zasłony jakby była wampirem lękającym się światła.
- To noc boi się poranka. Nie chcę żeby się bała – mówiła.
Wierzyła, że noc chroni się w zasłoniętych pokojach przeczekując nieubłagane cykliczne obroty ziemi. Wierzyła też, że noc jest żywiołem żeńskim w przeciwieństwie do męskiego dnia i że oba te żywioły toczą między sobą nieustanną walkę o dominację. Lubiła, kiedy budził Ją nagle w nocy i uśmiechała się czule widząc tańczący na Jej twarzy płomień. Kochała ogień za jego dwoistość: żar podtrzymujący życie, a zarazem pęd do autodestrukcji.
Była zawsze taka nierzeczywista. Wiele podstawowych czynności robiła jakby automatycznie myślami błądząc gdzieś bardzo daleko. Czasami wydawało mu się, że Ona czyni wielkie wysiłki, żeby pozostać na ziemi. Widział jak trudno jej to przychodziło, zupełnie tak, jakby na tym świecie znalazła się przypadkiem. Czuł się za nią niezwykle odpowiedzialny, za tę jej bezbronność i nieprzystosowanie, a jednocześnie kochał ją tak bardzo właśnie za to, że mógł bez wstydu kulić się w Jej ramionach. Właściwie oboje byli parą przestraszonych dzieci chroniących nawzajem swą nadrażliwą skórę. Zrośnięci jak dwie strony kartki papieru.
- Co byś zrobiła, gdyby mnie nie było? – pytał czasem.
- Wtedy mnie także by nie było. – odpowiadała niezmiennie.
Przyszedł czas, kiedy nagle się zmieniła. Nie wiedział dlaczego. Zaczęła panicznie bać się rozstania i życia bez niego, chociaż zapewniał ją, że na pewno jej nie opuści. Wtedy po raz pierwszy zaczęła o tym mówić. Z początku oburzył się, nie rozumiał jej lęku, jej zwierzęcego strachu przed przyszłością. W końcu jednak i On zaczął się bać. Bać się swojej potencjalnej słabości, swojego człowieczeństwa, niedoskonałości. Może rzeczywiście kiedyś przestanie ją kochać? Jak wówczas spojrzy Jej w oczy? Jak się odnajdzie? Co wtedy będzie Jego sensem i istotą? Inna miłość? Czy to w ogóle możliwe: przestać kochać? Jeżeli coś przemija, to widać nie było miłością. Przecież nie przestaje się kochać dziecka, gdy dorośnie, nie przestaje się kochać rodziców!
W jego głowie wciąż szamotały się wątpliwości. Czuł się winny, że nie może się im oprzeć, a jednocześnie, że nie podzielał jej obaw. Ta dwoistość zaczęła mu ciążyć. W gniewie ścisnął poręcze fotela, jakby chciał je zdusić i zniszczyć sączące truciznę myśli. Po chwili poczuł chłód. Żywy organizm upomniał się o swoje prawa.
- No, tak. – pomyślał. – Przecież od paru godzin nie mam na sobie nic oprócz wstydu. Zarys uśmiechu przemknął mu po twarzy, by po chwili utonąć w zaciśniętych ustach. Schylił się po leżący na dywanie sweter i założył go pospiesznie. Za oknem dzień rozpanoszył się triumfalnie. Wyrwany na chwilę z penetrowania swego wnętrza usłyszał dreptanie gołębia na parapecie. I znów przeszłość wróciła jak bumerang. Przypomniał sobie jak bardzo kochała zwierzęta, bardziej niż ludzi.
- Dzieci potrafią być takie okrutne, to przecież skarlali dorośli – mówiła. – Naprawdę niewinne potrafi być tylko zwierzę.
Otóż to, nie był wystarczająco niewinny, jego miłość była zbyt płytka, nie zasłużył na to, aby być z nią, chociaż starał się ze wszystkich sił. Nie był pewien, czy do końca ją rozumie, ale jego miłość była tak silna, tak bezkrytyczna, że gotów był zrobić wszystko, o co go poprosi. Ona bała się przemijania, wiedziała, że każda chwila jest niepowtarzalna, że tak jak w wierszu nic dwa razy się nie zdarza.
- Jesteśmy tacy szczęśliwi, wiem, że to się już nigdy nie powtórzy. Później może być już tylko gorzej. Kiedy już napełnimy się sobą nawzajem, nastąpi przesyt. Nie chcę na to czekać, nie chcę przez to przechodzić.
Chciała zginąć w czasie największego spełnienia, jakiego może doznać człowiek. Chciała, aby rozkosz utrwaliła się na jej twarzy i została tam na zawsze. Takie kobiece zaklinanie wieczności: przechytrzyć przemijanie, ocalić miłość przez unicestwienie. Rozczuliło go to, poczuł ciepło spływające w nim gdzieś w środku. Tak jakby ona niewidzialną ręką pogłaskała jego serce. Chciał się poddać temu kojącemu uczuciu ulgi, temu przebaczeniu zza grobu, zaufać znowu sobie, ale nagle poczuł jak ogarnia go bezsilność, zaciska się na jego gardle, wgniata oczy do głowy. Poczuł niemal fizyczny ból i rozpłakał się bezradnie. Szloch wstrząsał nim jak prąd, łzy dławiły go aż do zatrzymania oddechu, był pewien, że zaraz się udusi.
Umówili się, że spotkają się po tamtej stronie, tymczasem jemu zabrakło odwagi. Zabił ją, ale sam stchórzył, bał się umierać, nie chciał. Zrobił to dla niej z miłości, bo ona sama nie umiałaby podnieść na siebie ręki. Prosiła, aby zrobił to za nią. Nie mógł zrozumieć. Przecież chciała tego, usprawiedliwiał się, więc dlaczego tak krzyczała, kiedy wbił nóż pod jej małymi okrągłymi piersiami? Tak strasznie krwawiła, nie mógł na to patrzeć. Jednak nie zważał już na protesty, był zdecydowany, aby tylko doprowadzić całą rzecz do końca i mieć to już za sobą. Zrzucić ten ciężar ze swojej głowy, nie słyszeć już pełnych obaw jęków, nie zastanawiać się, czy jej proroctwo się spełni. W ciągu tych kilku chwil, kiedy konała – tak naprawdę nie byli razem. Ona szukała go wzrokiem, ale On nie potrafił spojrzeć jej w oczy, odwrócił głowę, przeczekał. Bał się, że może i w tym ją zawiódł, może uderzył zbyt nieudolnie, sprawił za wiele bólu.
Teraz mógł już na nią spojrzeć. Na szczęście zamknęła oczy, byłoby mu trudno zrobić to za nią, czułby się wtedy, jakby chciał coś przed nią ukryć. Widział ją teraz wyraźnie, białe, jakby omdlałe ciało i ta ciemna, kontrastująca krew, esencja życia, znacząca drogę swej ucieczki po wilgotnej skórze.
Było to dziwne, ale nie poznawał jej. To, na co patrzył, zdawało się być tylko jakąś powłoką, porzuconą kukiełką, jakby wylinką pozostawioną przez węża czy owada. Jej prawdziwej nie było. I już nigdy nie będzie. Co więc będzie? Czy w ogóle coś może być, kiedy jej nie ma? Przypomniał sobie przeczytane gdzieś zdanie: życie grozi rozstaniem, ale śmierć łączy na zawsze.
- Dlatego nikt mi już ciebie nie odbierze – pomyślał. – Nikt.
Po czym wstał, pocałował jej siniejące wargi i poszedł do kuchni zrobić śniadanie. Na stole pojawiły się jak zwykle dwa nakrycia.
Anna Alochno-Janas