Napisać coś, opisać, pokonać haszyszową niemoc. Spowolnione ruchy, spowolniony świat. Kręci się. Czyli nic nowego. Nuda. Urozmaicić rzeczywistość. Co można zrobić w sobotni wieczór w celu wyjaskrawienia krajobrazu? Człowiek o nerwach jak postronki idzie na imprezę do akademika Akademii Sztuk Pięknych.
Imprezy cykliczne, tematyczne, „Black & White”. Się maluje twarz w dwa kolory, się narzuca jakąś pelerynkę, się zabiera alkohole, się idzie. Się. Kolorowe ptaki, jebani artyści. JA, JA, JA. Przerost ego, dużo paplania, mało osiągnięć. Poza. Ja to , ja tamto, ja siamto. Taki jestem wolny i genialny, zastąpię Hasiora i Malczewskiego razem wziętych. Jestem wspaniały, mam sweterek w serek, dwie różne skarpetki i irokeza. Że subkultura? Nie… Ideały? Anarchia? Nie… to jest trendy nie wiesz? Jestem wcieleniem Fałata. Ładną mam koszulkę? Chcesz zobaczyć moje obrazy? Piętro niżej mam pokój, wolny… Forma? jaka forma? Gdzie Ty żyjesz dziewczynko? To z kim sypiasz stąd? Jak to z nikim? Hmm…
Banda kretynów, pozerów, kreujących się na malarzy, rzeźbiarzy, cokolwiek. Rzemieślnicy co natchnionymi być pragną. Przerost formy nad treścią.
To jak z tym pokojem? Idziemy?
Tak, idę jasne. Do domu. Kabarecik Olgii Lipińskiej straciłam, kurwa, może zdążę na finał. Pójdę przez zboże we wsi Moskal stoi…
Anita Impert