kobieta na tle zielonej ściany
twoja twarz nic mi nie mówi
jesteś niezidentyfikowaną figurą
zamkniętą w obręczy łóżka
z której korzysta nawet światło
prześcieradło piersi i udo
reszta jako tło dla lakieru na paznokciu
krzyżujesz kolana wiedząc
że to zaostrza apetyt
psy pawłowa przychodzą punktualnie
o dziewiątej naciągasz materac
chyba nawet nie wiesz że patrzę
a może to tylko rodzaj perwersji
Nelly
nabiega krwią za zębami
niedomknięta furtka
przez którą będę cię odwiedzał
jakie to ma znaczenie
że spinasz włosy na wysokości
do której nigdy nie dotarłem
masz mnie na krótko
przed opuszczeniem ramiączek
za cenę cienia przy uchu
i tego poniżej co nazywają przypływem
nie będę kłamał
przecież
w oparciu o ścianę jesteś statyczną kobietą
erotyk pospolity
muzyka snuje się
po pokoju w twoich butach
układam sznurówki
i usta w dziwne pozy
jestem nie do powiedziana
staro i modna
a ty pachniesz mężczyzną
masz silne dłonie
i słoną skórę po północy
wolisz mnie
szeptem
a ja
tracę czucie przez uchylone drzwi
wyzwanie nocnego wędrowca
ani kroku bliżej
a przecież ciągle w ruchu
licząc gasnące światła ulic
odlewy stóp w ciepłym asfalcie
widma nocnych autobusów
przystanki dźwigają
zamroczone rozkłady jazdy
wiatr łapie mnie za ramię
zwołuje chmury
jeśli masz uderzyć
to teraz
w falochron mojego płaszcza
hazardzistka
kiedy mnie pierwszy raz
upuściłeś
w sam środek miasta szepcząc
na kościach kobiety zawsze wypada szóstka
nie wierzyłam szczęściu
przypadkom i kazaniom
szerokie źrenice
przepuszczały dużo światła
w kasynach
rolowałam pończochy
na podobieństwo kobiety
wypatrzonej z tłumu
grałam o wszystko
po trzykroć pas
zaczyna się ściemniać
nad partią kart
szuler wdycha kiery
czas do domu
mój mniejszy brat mężczyzna
wyszedłeś
z potłuczonym kolanem do babci
lepkimi krówkami usypaną ścieżką
po zapach spirytusu i bandaże
jak weteran wojny na ogryzki
po medal
za zakrętem wznieciłeś bunt
o paliwo papierosy i gin
w każdym porcie inna dziwka
żuła twoje imię nad gazetą
po wakacjach zostały
nawroty
prześcieradła jak całuny
religie w tabletkach
ołtarzyki ze zdjęć i mchu
moja ty
mrówkoważkobiedronko
wdeptana w asfalt
jednokierunkowa
dryfujemy między stolikami
odpierając falę dymu
wentylator znosi nasze twarze
ku sobie
przepowiadam kolizję
kieliszków
wymyślonych od ręki imion
przekręconych szwów
barman krzyczy przy drzwiach
dobranoc
i wyrzuca nas na brzeg
pościeli pachnącej krochmalem
mamy plecy po to aby się sobie oprzeć
i oczy do zawracania z drogi
starczy nas na godzinę
może dwie
potem w milczeniu rozejdziemy się autostradą
przyjacielu ja ci mówię
na kobiety
nigdy nie jest za późno
nawet wtedy gdy gasną sklepowe witryny
a w baku ostatni litr
skraca drogę
stary
dżins można przepalić papierosem
na tysiąc sposobów
a jej paznokieć na karoserii
pamiętasz w bezsenność
tak jak na motocyklu
wiatr lepiący się do ubrania
na kobiety
nigdy nie jest za wcześnie
nawet przed wschodem mleczarza
i gazetą w pysku
na kobiety
zawsze
nawet nago pod prysznicem gdy puka śmierć
pokojówka sprzątająca butelki i pety
happy endów chwilowo brak
na scenie lulu oswaja olbrzymy
rzęzi whisky
owiniętą wokół krtani
billy zginął o świcie
jedna kulka prosta droga param param
o dwa stoliki dalej
szeryf odwraca kartę
pójdzie w piach zanim splunie tytoniem
lulu gryzie wargi do krwi
kochanie tam nikt nie czeka
jedna kulka prosta droga param param
wisielec cień kładzie na progu
barman rozdziela miejsca
komuś braknie na podróż
lulu nie zna samotnych nocy param param
moja mała
na jednej historii
nie kończy się i nie zaczyna świat
ciało mężczyzny składa się z kobiet
kiedy stawałam się
pisałeś na maszynie długie opowiadanie
o tym jak żebro
strąciło drzewko cytrusowe z balkonu
boli najbardziej gdy ruszasz
odpadłam od ciebie jak tynk
w talerz zupy
nieproszona i nieoczekiwana
rysując patykiem wąwóz na czole
wszystko jedno podzielone
na dwoje
gdybyś wtedy zastał inną
w atelier u zbiegu dwóch rzek
to miałbyś siebie
całego
na zawsze
okrążanie stołu zielonym butem
rośniesz brzuchem do dołu
przeponą rozpiętą na sznurach
w jaskinie pełne jezior
sączki ciszy
za szybą słońce
przepala balustrady
dzieci krzyczą
gubiąc mleczne zęby w parkach
rozchodzisz się w światło
czubkami palców
zahaczając o sufit
tyle tu przestrzeni na sny
pod podłogą mrówcze kopce
przetaczają ziemię
chwytam cię na tlen
dłonią mniejszą od monety
śmiertelnie poważna złośliwość rzeczy martwych
Houston, we’ve got a problem
na równym oddechu chłodzenia
wytracamy prędkość
monitor spowiada przed drogą
mruga wstecznym
ty to masz kurwa szczęście James
przeraźliwa chęć papierosa zamyka mi usta
butla z tlenem coraz ciaśniejsza
a żona mówiła że sowa w ogrodzie
to taki omen
przypalony stek i niespokojne dzieci
radio nadaje siedemdziesiąte
do bazy
znów mamy fazę odlotów
pulpit morsem
będzie droga z przesiadką
zegarek stanął jedenastego kwietnia
i nie było w tym szczególnej złośliwości
ukruszanie
podzielić dwoje
kreską palca wskazującego na
tam (masz swoje ciało)
i tu (jest stygnąca pościel)
koncert życzeń na dobranoc
przed zatrzaśnięciem powrotu
zbite po mordzie kieliszki
szpilki które do krwi
tylko dla ciebie
muzyka schodzi z taśmy
szept wody w łazience
rozprasza
równomiernie
równocześnie
w nocy rozmawiam z głuchymi
telefonami
wytłumaczę ci siebie
wyciągam rękę i napotykam na kratę
twojej spódnicy
wyrzeźbionej kopułą kolana
mała maleńka
przechodzimy przez siebie na czerwonym
potrącani ramieniem dłonią językiem
przypadkowi
zawinięci w gazetę
przemykamy ławkami po plantach
w przejściach podziemnych
tuląc rękawy
na zakrętach
z walizkami i bielizną na zmianę
na zostań tu ze mną na noc
uciekamy z siebie
właśnie wracając
rozdwojenie
pościel pachnąca tobą klucze na szafce
światło przez szyby
ona we mnie chodzi bosa i naga
krzyczy kiedy milczę
budzi mnie z niego
kawą i seksem
przechodzeniem do porządku
naglących spraw
trzaskam drzwiami lodówki
zbijam szklanki
niech nam stopy kaleczą
miasto odbicia
idę prosta przed siebie
ulice odczytują kody
z metek
seryjnych bywalców okolicznych kin
na ławkach blade omdlenia
piją grosz za groszem
pod butem te same kartonowe wycieraczki
jakaś pierdolona siła wyższa
wykrada mi nocą z chlebaka ostatnią piętkę
pożycz mi na nóż
słaniają się światła
paskami udomowionej zebry
przemarsz do następnej poczekalni
między rogiem maślanym
a kawą i papierosami jarmuscha
noga przy nodze
wyprowadzana każdego dnia
w inne z pól
naszej dorosłej zabawy w berka
nastrajam się w tobie
odbijasz dźwięki od ścian
wsypujesz echo do szklanek
tłoczą się wtedy przy mnie
cienie małych dziewczynek
głodne zielonych wstążek
trójkołowe rowerki wirują podczerwienią
rozwożąc do domów zaciśnięte w piąstkach kasztany
lato przeciąga się jamnikami
narasta chirurgiczna precyzja
polerowania kafelków
od szczeliny do szczeliny
brudu coraz mniej
i marginesów paznokci
na refleksy myśli
a dzieci we mnie zbiegają się do kojca
na ulubioną zabawę w wahadło
przód – tył – milczenie
Zimmermana kilka ujęć
palcami o struny
między słowa
w ludzi
jestem tylko naganiaczem słów
pewnym tego że ruch warg
powstał na długo przed wprowadzeniem sejsmografu
nawet tajemnica zabicia goliata
trąci muchą o szybę
kiedy odetta sączy bluesa
w wąskim przejściu między stolikami
w pubach rozświetlają
polarne zorze papierosów
miałem pokój na poddaszu
drewniane ptaki pod łóżkiem
a dziś zbieram do kapelusza
platynowe protest songi i miedziaki na poranną gazetę
zasada somatyzacji miłości
wbrew pozorom
nie znikam
gdy wychodzisz z pokoju
nie ustaje oddech krew krąży
w łożysku tych samych naczyń
niezmiennie wypatruję opadania sufitu
czas utyka jednostajnie
uczono mnie że to jeden z objawów
cholera wie na co chromają zegary
powracając do tematu
prawa noga nie staje się krótsza od lewej
i źrenice zwężają się ku lampie konsensualnie
czytam twój zapach rozpisany na nuty
po dwóch pierwszych taktach cierpkawy
i nagle przychodzisz
przyspieszam do prędkości światła
jak w tej znanej teorii
rozpadając ciało pod dotyk
burzę świadomość
z dialogów w wersji mono
(jeśli) będziesz
rozsiądziesz się we mnie
rozprzestrzenisz
wiele kierunków wiele płaszczyzn
nigdy nie rozmawiałam z tobą
o przydatności składnia fragmentów lub
zaplataniu palców w drabinę po której wspina się myśli
obrazy też zawieszałam chaotycznie
na zasadzie przypadku
teraz rozumiem tylko tyle
ile zdołam się wspiąć na palcach
do okna do stołu
do twoich prostych doświadczeń
więc skoro już tu jesteśmy
a ja modlę się do kawy
przeprowadź mnie przez siebie kilka razy
a po wyjściu utrwal i opisz
studium do kobiety Modiglianiego
ech Dedo
(…) twoje galopujące suchoty
pewnie nabawiłeś się tej kobiety
w czasie wieczornego spaceru z Giovannim
kaszlała w tobie i pluła krwią
martwa natura z winem i sardynką
takiego ciebie nigdy przedtem
i nigdy potem
nie zachowały jej oczy
poszły za trumną
w czarnych pończochach
o których mówiłeś
dobre na akt przed południem
***
na myśl o tych wszystkich ruchach
taktyka wojenna wymaga przemyślanych manewrów
których uczą nieświadomie matki
tracę wątek
leży obok
szukam językiem powietrza
i martwi mnie skurcz łydki
któremu poddajesz myśli
zastanawiam się czy mogłam kłamać
upierać się
że geny silniej penetrują
w tej fazie świadomości
gdy oddalają nas godziny
a droga płynie poboczami
uwierz
wtedy najłatwiej
zejść lawiną na nasz dom
ostatnie śliskie podejście do pospiesznego
szkła przez które przybliżasz
matowieją w palcach
i jest na to osobne wytłumaczenie
w rozmowie z perspektywą
odejścia
zawsze zaczynają się tak samo
od jednego
do kilku kieliszków
w przełamaniu
spojrzeniu za siebie
za nas
nie żałuj kilku szklankom
odbitego od dna ognia
bo gardło zmieści w sobie krzyk
i wódkę odpaloną od papierosa
pierwsza ostatnia
na brzegu szklanki z krawędzi ust
i pod palcami
kiedy opierasz mnie o ścianę
w tylu miejscach
dotyk zamieniając na wilgoć
i każesz być
jaką nie byłam przedtem
salwą oddechu
i szturmem tętna
kobieta potrafi zmieścić w sobie
mężczyznę i jego strach
niesforsowanych granic
Autoportret z Patricią Preece
tu leży ta
której oddałem siebie
(za dwa dolary) bez reszty
tak na mnie patrzysz
jak gdybyś oparcie dawała fotelom
albo ścianą przechodzisz
w obojętną barwę tapety
nawet perspektywa nas nie zbliża
tylko ciasno zapina światło
na twoich piersiach
i linią schodzi
nieco niżej mojej twarzy
w grymasach zmęczenia
powolne wycofanie
kiedy kopiuję twoją nagość
tańszą od farb
intradialogi
pozorne sprawy nabierają głębi
i trudno mi usta tak otworzyć
żeby nie utonąć
kobieta pierwsza kobiecie drugiej
opadam na krzesło
z całego dnia
odchodzę warstwami
ze ścian
i staje wobec siebie
pustym pokojem
twarzą w stronę okna
kobieta druga kobiecie pierwszej
częściej słucham własnego milczenia
bo jest mi najbliższe
i jednocześnie najdalsze
ze słów
uczę się tych najprostszych
form przechodzenia
między zdaniami
doprawdy
obie jesteśmy jednym odbiciem
pod twoją nieobecność /Montale
‘nie wiem, czy moje nieistnienie zaspokaja twój los’
E Montale
kiedy opieram się o jego słowa
zamknięte jak hermetyczne pudełka
w których można przezimować chleb
tłumaczy
że w brzuchu konia świeci słońce
i morze otwiera się do wewnątrz
a południe jest jak jaszczurka
schowana pod kamienny próg
na którym stawała żona
pełna krzyku dzieci
i że jeszcze mamy czas
by znaleźć drogę
w nieobecność
pomiędzy
drzwi jeszcze trzymają
ani drgnie klamka
zamknięta w sobie
i na zewnątrz
a przecież oczy trzeba wyprowadzić na spacer
w zieloną miękkość trawy
zanim zajdą parą z herbaty
załzawią krajobraz
potem kolana naciągnąć
na wycieczkę podmiejskim
przespać kilka przystanków
przeczekać słońce
do ust wkładać kruche francuskie
i pisać
że niedalekie są nasze odejścia
tak jak bliskie powroty
bez ciszy bezdźwięk
żaden ruch dłoni
nie powie więcej
niż przenikliwość eteru improwizowana ciszą
jest inny rodzaj śnienia
kiedy ruch oczu zbliża do wysp
i nie oddala portu
a światła latarni wyglądają jak płaszcze
przewieszone przez gałęzie
dźwięk odpływa
pozostawia światy w równoległości
a nas w sobie
i tylko szczeliny są po to
by wiatr miał cieńszą talię
gdy kołyszą się w tobie liście
listy i lśnienia
oboje mamy powietrzne korytarze
i milczenie zatrzaśniętych drzwi
Femina
kiedy przechodzisz z formy siedzącej w kobietę
światło odwraca twarz
rysowana z uchylonymi ustami
każesz palcom rozmazywać miejsca
gdzie nawet bóg traci zimną krew
pulsuje
każde wejście w ciebie
to recytowanie języka zza warg
krajobrazów zza okien
coś jak powolne odcedzanie świata
z wilgotnych domów i światłoczułych drzew
dobieranie do kształtów słów
i pierwszych imion kobietom
którym mlecznych piersi nie ścina czas
fotomontaż
wpisz w swoje życie moją obecność
w roztargnieniu zrzuconego koca
stygnący brzeg filiżanki
naderwane ucho w które wślizgujesz język
nie pierwszy raz jest nam gładko
mówić o sobie w pojedynkę
bo statystycznie częściej kłamstwo podejmuje gości
porozsiadanych w fotelach już nikt nie liczy
nawet na seks jest zbyt ciasno
i pocą mi się kolana
gdy każdy ruch rozpisujesz na zaproszenie
do łóżka i do teatru
wchodzisz tak samo cicho
deszczowiec
w ciemnym i ciepłym
dłonie nie krępują
bardziej niż żyłki w kącikach okien
gdy wychodzisz poza oddech
godziny przeciekają prześcieradłem
słono i bezgranicznie
paznokcie wchodzą w skórę
coraz mocniej spina klamra zębów
zostaje głębiej niż sądziłam
wreszcie deszcz
choć nie słychać go jeszcze na parapetach
i tylko senność zsuwa się z twarzy
stale sprawdzam
czy ciało sztywnieje gdy przedawkuje się dotyk
ciasno na przejściu
na miliard uderzeń przed metą
twoje tony nagle cichną
w co najmniej pięciu przyłożeniach
mojej dłoni
brakuje by objąć oddech
porozsuwać ściany
może Levine powiedziałby coś więcej
zapytał czy masz zwrotną falę
albo lubisz chodzić po górach
ja nie mam odwagi
dla mnie okna mają mleczne szyby
kostnieją im klamki
w korytarzach roi się od przewężeń
gdy zaciskasz usta
sinieją
kieszenie pełne języków
bilety które gdzieś jadą
wszystkie akty współczesne
zebrane przy łóżku
dopracowanie w szczegółach
tobie najbliżej wychylenie bioder
i aromat herbaty
od jakiegoś czasu zamykasz
spojrzenia na drugą stronę ulicy
w gazetach nagłówkach na szpilkach
i płytach
ostatni kawałek stanowi koc
pod którym palczasto rozchodzi się dotyk
ciepło owija wokół kostek
masz rację
pozostawanie tu na dłużej jest ryzykowne
tak jak otwieranie butelek
Anna Mazela
/ 13/06/2008Piękna poezja. Świetna poezja. Można rozkoszować się słowem.
Łukasz Penderecki
/ 10/12/2009rzeczywiście świetna poezja. A to ty Karolina, lekarka ?
Karolina Grządziel
/ 12/12/2009tak, to ja ;p
Izabella Karter
/ 16/12/2009Karolino, umieszczając Twoje kolejne wiersze – sama pisząc i mając do czynienia z poezją z całego świata odkąd pamiętam – aż zakołysałam się z niemego uznania. Nieskończone pole do interpretacji. Pisz!
Karolina Grządziel
/ 09/01/2010jest mi niezmiernie miło czytać takie komentarze , dziękuje.
Karolina
paulina skalimowska
/ 02/05/2010GDZIE MOGE PRZECZYTAC WIECEJ? ZACHWYCIL MNIE TEN WIERSZ.PAULINA
Magdalena Pioruńska
/ 03/05/2010Pod tym linkiem kryje się kolejna porcja wierszów Karoliny: http://www.apeironmag.pl/poezja/przeczucie/