Coś optymistycznego

czyli o życiu w najlepszym z możliwych światów.

Optymizm jest nam we współczesnym świecie potrzebny niemal tak bardzo, jak nowy rząd i parlament. Znacznie jednak łatwiej jest narzekać na swój los, niż cieszyć się tym, co zostało nam dane. Lepiej skulić się w kącie i płakać, że szklanka jest do połowy pusta, niż radować się z tego, że mimo wszystko w połowie jest napełniona. Wychodząc od tej, bardzo już starej zresztą, konstatacji dojść możemy do wniosku, że dzisiejszy świat wypełniony jest po brzegi cierpieniem, a potem wszyscy zgodnie moglibyśmy przejść na buddyzm, aby próbować owo uczucie niwelować…

Każdemu z nas przytrafiają się przykre rzeczy – zgadzamy się z tym wszyscy. Zastanawiające jest jednak, dlaczego niektórym znoszenie cierpienia przychodzi łatwiej, a innym trudniej. Pewien niewidomy piosenkarz zapytany o to, jak nauczył się grać na gitarze pomimo swego stanu, odpowiedział: „problem jest tak duży, jakim stworzysz go w swojej głowie”. Jednak dla wielu ludzi każda przeszkoda jest emanacją niesprzyjającego losu albo wręcz szczególnym przejawem upierdliwości Boga w uprzykrzaniu nam życia.

Są jednak tacy, których optymizmu nie złamie nic – nawet wydarzenia najstraszniejsze. Takiego bohatera spotkać możemy w duńskim filmie „Jabłka Adama” w reżyserii Andersa Thomasa Jensena, który niedawno jakimś cudem pojawił się w polskiej dystrybucji: na wiejskiej plebanii wraz pastorem mieszka trzech byłych, zwolnionych warunkowo więźniów: tytułowy Adam – neonazista, Gunnar, były sławny tenisista (choć patrząc na jego tuszę ciężko nam w to uwierzyć), a teraz pijak i złodziej oraz Khalid – emigrant arabski napadający na stacje benzynowe (ale tylko Statoil, bo podobno kiedyś koncern ten ukradł ziemię jego dziadka w Arabii Saudyjskiej).

 Trzech skazańców: Adam, Khalid, Gunnar...

Trzech skazańców: Adam, Khalid i Gunnar…

Jest i protestancki pastor Ivan, który pomimo przejścia prawdziwego piekła – jego matka umarła w trakcie porodu, ojciec gwałcił go w dzieciństwie, żona popełniła samobójstwo, a kilkuletni syn cierpi na całkowite porażenie mózgowe – wytworzył w swym mózgu swoisty kordon ochronny, który nie dopuszcza do świadomości myśli o realności cierpienia. Z uporem maniaka powtarza więc, że jego syn przeszedł właśnie ciężką odmianę grypy i dlatego wygląda tak, jak wygląda, a jego matka ma się świetnie… Uderzony w twarz przez swego podopiecznego mówi, że się wywrócił i nie oczekuje nawet od napastnika przeprosin…

Oczywiście Ivanowi bardzo szybko przykleja się etykietkę „wariat”. Pastor nosi piętno optymizmu – Leibnizowskie zawołanie, że wszystko jest na swoim miejscu. Lekarze tłumaczą to rozległym guzem mózgu, jednak tak naprawdę mówią to zupełnie bez przekonania. Ivan jest po prostu znieczulony na zło i cierpienie: nie tyle go nie widzi, co po prostu nie akceptuje. I przez to jest wariatem.

Główni bohaterowie: idealne zło, idealne dobro

Cóż to jednak za świat, w którym nie byłoby złych uczynków? Wspomniany Adam – neonazista, który właśnie wyszedł z więzienia i udaje się na przymusową resocjalizację na plebanię – jest człowiekiem z gruntu złym. Pierwszą czynnością, którą wykonuje po przyniesieniu bagażów do swego nowego pokoju jest… zdjęcie ze ściany krzyża i powieszenie tam portretu Hitlera. Zetknięcie się czystego dobra z czystym złem paradoksalnie uprawomocnia istnienie obydwu sfer.

„Zło istnieje na ziemi” – pisał Wolter w swoim „Kandydzie”. Czasami jednak zapominamy, że wszelkie rzeczy i idee tego świata istnieją właśnie dzięki istnieniu swych przeciwieństw. Rzeczywistość jest z gruntu monochromatyczna: czarne-białe, słodkie-gorzkie, duże-małe, dobre-złe… Każdy przymiotnik, jakim zechcemy określić nasze odczucia lub opowiedzieć coś o świecie zakłada istnienie swego przeciwieństwa, bo inaczej po prostu nic by nie znaczył…

Skoro jednak na ziemi istnieje zło, to dlaczego niby żyjemy w najlepszym w możliwych światów? Przecież jeśli Bóg jest dobry a zło istnieje, to znaczy, że Bóg nie potrafi usunąć zła ze świata, więc nie jest wszechmocny. Jeśli natomiast potrafi usunąć zło lecz nie robi tego, to nie jest dobry. Na to pytanie, o tyle donośne, co naiwne, odpowiedzieć można tylko w jeden sposób: zło istnieje na ziemi po to, abyśmy mieli szansę dostrzec istnienie dobra.

I zarówno pastor, jak i jego podopieczny w wyniku wzajemnego spotkania wyniosą same korzyści (pomijając potwornie skrzywiony nos Ivana po spotkaniu z pięścią Adama): Adam dostrzeże, że lepiej jest zwalczać cierpienie, niż je zadawać, a Ivan odkryje, że istotą człowieczeństwa jest ciągłe mierzenie się z bólem i z przeciwnościami losu, a spychanie tych wydarzeń do podświadomości jest działaniem zaledwie doraźnym.

Adam i jego jabłoń, jabłka i grzech…

Gdybyśmy chcieli wypchnąć ze świadomości wszelkie zło, które przytrafiło nam się w życiu, to cóż by nam zostało? Czyste dobro? To złudzenie! Otrzymalibyśmy groteskowy i odrealniony obraz nas samych – krzywe zwierciadło, w którym oglądać możemy świat idealny, w którym wszystko się udaje, ludzie są zdrowi, piękni i mądrzy – właściwie są dokładnie tacy sami, bo wszelka inność różnicuje ich aksjologicznie, a to prowadzić może w prostej linii do zła.
Metaforyczna jabłoń w „Jabłkach Adama” jest ucieleśnieniem raju: dostojne, rozłożyste drzewo z mnóstwem owoców staje się centrum mikrokosmosu plebanii. Bohaterowie bronią cennych owoców przed masowymi atakami wron i robali, jednak muszą skapitulować, kiedy rażone piorunem drzewo przewraca się i płonie. Udaje się uratować siedem jabłek. Sześć z nich zostaje zjedzonych, a jedno kradnie, cierpiący na zaawansowaną kleptomanię, Gunnar. I to ostatnie, cudem odratowane jabłko staje się początkiem zupełnie nowego rozdziału w życiu bohaterów. Ostatni rajski owoc, który zrywa Adam, aby upiec szarlotkę Ivanowi jest wyrazem pozbycia się grzechu pierworodnego – bohaterowie symbolicznie „zjadają” swoją przeszłość, godząc się z nią, ale i rozstając na zawsze. Czas zacząć nowe życie. Bez jabłka i bez jabłoni. Bez grzechu…
Michał Stankiewicz

Comments are closed.